Poprzedni artykuł: Zobaczcie pierwsze zdjęcie Natalii Siwiec z córką. Fani: 'Jaka maleńka... Następny artykuł: Premiera filmu: Ptaki śpiewają w Kigali

"Nie ma tego złego..." - wywiad z reżyserką, Valérie Lemercier

Kobieta, , tagi: filmy, premiery filmowe
Valerie Remercier, znana wszystkim z roli mamy Mikołajka w najlepszej francuskiej komedii romantycznej tego lata! Zapraszamy na wywiad z reżyserką i odtwórczynią głównej roli!

"Marie-Francine", piąty film w Pani reżyserii, można uznać za Pani pierwszą komedię romantyczną. Zgadza się?

Osobiście niezbyt lubię ten gatunek, ale gdy zobaczyłam ukończony film, pomyślałam: "No tak, to jest komedia romantyczna", co nie było wcale takie jasne na etapie pisania scenariusza. Zobaczyłam to dopiero, gdy film był gotowy. Tak, w pełni zgadzam się z tą opinią! Ale jest to komedia romantyczna bez czapek - zauważyliście, że bohaterowie innych komedii romantycznych zawsze je noszą? Muszą być wystarczająco piękni, żeby nie wyglądać w nich żałośnie i głupio.

Pracując nad scenariuszem tego filmu, miała pani inne założenia, niż przy Wymarzonym bachorze, który był zdecydowanie bardziej ostrym filmem. Czy świadomie chciała pani powrócić do łagodniejszego tonu?

To raczej życie skłoniło mnie do zrealizowania Marie-Francine.  Nie chodziło o to, żeby coś zmieniać dla samej zmiany...  Wymarzony bachor  został bardzo źle przyjęty, ale ja bardzo lubię ten film i nie miałam zamiaru robić czegoś całkiem na odwrót. Ale tu temat jest lżejszy; poprzedni film był komedią dramatyczną, ten  jest bardziej sentymentalny, miłosny. Film Le Derrière mówi o odnajdywaniu się w roli córki, Królową być! - o odnajdywaniu się w roli kobiety, a Wymarzony bachor - matki. Mój nowy film mówi o tym, jak, dzięki jednemu spotkaniu, można nareszcie odnaleźć się we własnym życiu, z którego ktoś nas wykopał.

Można powiedzieć, że przez cały czas próbuję pogłębiać ten sam temat - szukania własnego miejsca.

Wiemy, że uważnie obserwuje Pani ludzi, aby następnie tworzyć własne postaci. Czy Marie-Francine to ktoś, kogo pani spotkała?

Mam przyjaciółkę o imieniu Marie-Francine, ale ona w niczym nie przypomina bohaterki filmu... poza tym, że dorastała w 16. dzielnicy Paryża i ma siostrę bliźniaczkę, która jednakże ma na imię  Marie-Joëlle, a nie  Marie-Noëlle!

Zawsze bawiło mnie jej imię. Jakieś pięć czy sześć lat temu, podczas rozmowy, opowiedziała mi o swojej sprzątaczce, Wietnamce, mieszkance tej samej kamienicy. Nadała ona swojej nowonarodzonej córeczce imię... Marie-Francine. Przez pięć minut nie mogłam przestać się śmiać! Właśnie to było moją inspiracją - przestarzałe imię, które już samo w sobie coś oznacza. Sprawdzam znaczenie imion w książkach i sieci - wykorzystuję je potem w swoich spektaklach i w filmach. Chcę wiedzieć, w jakich epokach je nadawano, ile osób je nosi... Odkryłam, że we Francji żyje 14 osób o imieniu Marie-Francine... w tym dwie w tej samej kamienicy!

Skąd wziął się pomysł ukazania konfliktu pokoleń przez pryzmat wymuszonego powrotu Marie-Francine do domu rodziców? 

Chciałam opowiedzieć o parze "młodszych seniorów", którzy przeżywają późną miłość, ale ponieważ to komedia, musiałam wprowadzić pewne trudności. Co robią ludzie, którzy w wieku 50 lat nie mają gdzie się podziać, gdy rodzi się między nimi miłość? W pewnym momencie moi bohaterowie chodzą od kawiarni do kawiarni, aż wreszcie trafiają na parę turystów, którzy proponują im wspólną orgię, podczas gdy oni nawet się jeszcze nie całowali! Początki związków zawsze są trochę zabawne, każdy z nas ukradkiem sprawdzał paszport lub prawo jazdy nowego partnera... Dochodzi do niezręcznych momentów, do niewinnych kłamstewek, tak jak w scenie z cytryną, w której on wstydzi się opowiedzieć, w jakiej znalazł się sytuacji, a ona kłamie, podając swoje imię i opowiada, że jej rodziców nigdy nie ma w domu... Krygują się jak nastolatki. Bawił mnie fakt, że obojgu w życiu podwinęła się noga, i że oboje znaleźli się w trudnej sytuacji, mimo, że pochodzą z całkiem innych środowisk. Różni ich wszystko: pochodzenie, godziny pracy i zawody. Łączy zaś porażka w życiu osobistym.

Motorem filmu jest gwałtowna życiowa zmiana: wszystko może zmienić się w ciągu kilku chwil, zarówno na dobre, jak i na złe. W tym filmie szczęście czyha dosłownie za rogiem...

Właśnie. Nie chciałam zbyt długo rozwodzić się nad wyjściowym "upadkiem" Marie-Francine, zresztą Miguel pojawia się bardzo wcześnie, pod koniec pierwszych dwudziestu minut filmu. Wszystko dzieje się szybko, bo chciałam, żeby wydarzenia następowały po sobie nagle, niemalże gwałtownie, jak to się często zdarza w życiu. A upadek postaci nie jest tematem filmu. Jest nim to, co przychodzi potem, odbudowywanie życia.

Rodzice Marie-Francine są zwierciadłem, w którym ona sama nie chce się przeglądać. Pokazała ich Pani w sposób bardzo wyrafinowany.

W swoim poprzednim życiu Marie-Francine przegapiła wiele momentów: nie widziała, jak dorastają jej córki, nie dostrzegła, że oddala się od niej mąż... i w wieku 50 lat nie jest tak dobrze obeznana z Internetem, jak dwudziestolatki i jak... osiemdziesięciolatki. To dziś częsty widok - seniorzy, a nawet - bardzo zaawansowani seniorzy kupujący sobie komputery! Matka, "Dadick", siedzi wiecznie przed laptopem, kupuje i sprzedaje w sieci różne rzeczy - to bardzo czasochłonne zajęcie. Rodzice znają się na technologii lepiej niż Marie-Francine, podobnie jak - co logiczne - znacznie lepiej są w tym zorientowane jej córki, które próbują założyć matce profil na portalu randkowym. Życie rodziców jest wygodniejsze i spokojniejsze niż życie ich pięćdziesięcioletniej córki.

Dla nich Marie-Francine jest z jednej strony dzieckiem, a z drugiej - kimś prawie w ich wieku, szukają dla niej mężczyzny w swoim środowisku. Z ich perspektywy życie jest proste.

Czy rola Marie-Francine sprawiła Pani przyjemność? Nie jest to postać zabawna sama w sobie. 

Zabawni są ludzie, którzy ją otaczają: rodzice, mąż, córki, siostra, a także sytuacje. Ona dryfuje, ma opóźniony zapłon, nigdy dotąd nie zmagała się z brutalnym życiem... A gdy przestaje na cokolwiek czekać, zamienia się - jak opisuje ją klient (grany przez Pierre'a Verniera) - "wysoką kobietą w depresji". Ja też nią bywam (śmiech). Stworzyliśmy dla niej kostiumy z przykusymi rękawami, albo z kołnierzykiem, wystającym częściowo spod swetra... Pracuję od dawna z tą samą autorką kostiumów, Catherine Leterrier. 30 lat temu spotkałyśmy się przy Milou w maju, gdzie debiutowałam jako aktorka filmowa; później współpracowałyśmy przy produkcjach takich, jak Goście, goście, Piątkowa noc, Królową być! Dla Marie-Francine, Catherine rozmyślnie stworzyła dość niepozorny, niemodny styl. Widać, że bohaterka cały czas nosi te same ciuchy, od zawsze. Skróciłyśmy wiele jej ubrań i postanowiłyśmy, że będzie nosić na płaskim obcasie, również dlatego, że nie chciałam być o dwie głowy wyższa od Patricka!

Podobnie jak Armelle w Królową być!, Marie-Francine przez większą część życia była prowadzona za rękę, właściwie to inni decydowali za nią. W pewnej mierze jest to film feministyczny. Odpowiada Pani takie określenie?

Odpowiada, jak najbardziej. Marie-Francine reaguje bardzo gwałtownie na wiadomość, że Emmanuel ją rzuca. Usuwa z mieszkania wszystkie swoje zdjęcia, działa radykalnie. Zostawia nawet swoje córki. Przeżywa olbrzymie zaskoczenie, ale przede wszystkim - jest wściekła. Nie błaga Emmanuela, by został, nie załamuje się, idzie naprzód. Nie ma wyboru, musi wziąć się w garść, i cała ta sytuacja okazuje się dla niej prawdziwą szansą. Pierwszą sceną, którą napisałam, była ta, w której Marie-Francine wybucha i buntuje się przeciwko rodzicom. Myślę, że nigdy wcześniej porządnie się na nich nie wkurzyła, i robi to dopiero teraz, gdy ma 50 lat. Oczywiście - im później zdarza się coś takiego, tym gwałtowniej przebiega. Marie-Francine to opowieść o późnym przebudzeniu. Ta pięćdziesięcioletnia kobieta być może nigdy nie zachowywała się jak nastolatka, ale teraz czuje się jakby miała 14 lat, bo zakochuje się i konfrontuje z życiem.

Patrick Timsit to aktor komediowy. Całkowicie zmieniła Pani rejestr jego gry. Znamy go głównie z prześmiewczych, satyrycznych ról cyników lub neurotyków. Tu jest uśmiechnięty i pogodny, natychmiast budzi sympatię.

Poznałam Patricka 20 lat temu, w jednej z restauracji w Brukseli. Wydał mi się niezmiernie sympatyczny i dyskretny. Nigdy nie oglądałam jego scenicznych występów, zobaczyłam je dopiero po tym, jak zaproponowałam mu rolę Miguela.

Znałam go zatem wyłącznie prywatnie i z telewizji. Zawsze uważałam, że wyróżnia się klasą i życzliwością wobec innych. Jest wyrozumiały i nigdy nie mówi źle o innych, uważam, że na tym polega jego urok. Nie boi się próbować rzeczy, w których czuje się mniej komfortowo, chętnie mierzy się z nowym dla siebie stylem gry.

Pierwszy SMS, jaki wysłał mi po przeczytaniu scenariusza, brzmiał: "Podoba mi się ta historia i mój bohater. Jestem Twój!" Klasa!

Dlaczego Miguel, typowy amant romantyczny, jest synem portugalskich imigrantów? Chodziło o kontrast klas społecznych?

Tematem filmu nie jest podział klasowy. Miguel, zanim zaczął pracować dla kogoś, miał własną, świetnie prosperującą restaurację, był szefem kuchni, a ze społecznego punktu widzenia szef jest kimś, kto awansował społecznie. Zatem - znajdował się na tym samym poziomie drabiny społecznej, co Marie-Francine, a nawet wyżej. Spotykają się w momencie, w którym stają się "równi". Oboje noszą fartuchy - on jako kucharz, ona - jako sprzedawczyni w sklepiku z e-papierosami. Granice zostają zniesione, znajdujemy się w neutralnym miejscu,  w pracy,  w codziennej, prostej sytuacji: facet kupuje e-papierosa w okolicznym sklepiku. Gdyby każde z nich pozostało w swoim środowisku, nie mieliby szansy się poznać.

Film opowiada też o spotkaniu dwóch miseczek - charakterystycznej, bretońskiej miseczki z imieniem i reklamowej miseczki nieistniejącej już marki Félix Potin. To rzeczywiście bardzo romantyczne! 

Francuski idiom "Avoir du bol" (Mieć miseczkę) oznacza "mieć szczęście". Początkowo film miał nosić tytuł Le Bol de Marie-Francine (Miseczka (Szczęście) Marie-Francine). Bo ostatecznie moja bohaterka ma szczęście. Dzięki miseczce możemy zjeść to, co przygotuje nam druga osoba, i nie musimy żywić się wyłącznie batonami zbożowymi, jak wielu ludzi, pracujących na mieście.

Uważa pani, że jako aktorka miała pani szczęście?

Nie tylko jako aktorka. Uważam, że miałam szczęście w życiu, po prostu. Trzeba brać to, co daje nam życie, być jak korek, niesiony przez nurt rzeki.

Dostrzegam w tym filmie swoistą stylizację spotkania dwojga ludzi, dosłowną i pozbawioną podtekstów.

Nie bawię się podteksty. Nie boję się widoku serduszek w kropeczki. Rodząca się miłość wygląda trochę głupio i jest pozbawiona podtekstów. Zresztą - nie zawsze bywa zabawna. Marie-Francine i Miguel są na zakręcie, dlatego miłość zaczyna dominować w ich życiu. Żadne z nich nie jest "na swoim miejscu"  w pracy, ale dzięki temu mogą lepiej skupić się na życiu.

Pisze pani role z myślą o konkretnych aktorach?

Tak było w przypadku Hélène Vincent i Philippe'a Laudenbacha, a także Nadège Beausson-Diagne, z którą grałam w AgatheCléry Etienne'a Chatilieza, i która jest genialna! Jej rola jest "szyta na miarę", stworzona specjalnie dla niej. Zresztą - nie znalazłam dla tej postaci innego imienia jak jej własne!

To zabawne, że wspomina Pani Etienne'a Chatilieza. Wasza twórczość często zazębia się... Mam tu na myśli, oczywiście, film Tanguy, nawet jeśli Marie-Francine jest takim Tanguym mimo woli, a także La vie est un long fleuve tranquille iHélène Vincent w roli burżujki.

Czuję, poruszam się po tych samych obszarach, co Etienne, zarówno w twórczości, jak i w życiu. Hélène początkowo trochę obawiała się roli Dadick, bo uważała, że jest zbyt zbliżona do roli Marielle Le Quesnoy (z filmu Chatilleza La vie...), natomiast ja wcale tak nie uważałam. W filmie Chatilleza matkę wszystko przerasta, natomiast tu kontroluje ona swoje życie codzienne, jej "fabryczka" nigdy nie zaznała sytuacji kryzysowych. Hélène bardzo podobała mi się w filmie Nie całuję Techiné, ale tak naprawdę nabrałam ochoty, by z nią pracować, gdy zobaczyłam ją w Quelques heures de printemps Stéphane'a Brizé.To aktorka obdarzona ogromną fantazją, widać, że lubi grać, całkowicie oddaje się roli.. Gdy wraz z Sabine Haudepin pisałyśmy scenariusz, była naszą ulubienicą. To właśnie tacy aktorzy, jak ona, czynią z filmu komedię, sprawiają, że jest śmieszny - jeśli jest...

Wspominała pani, że dla Philippe'a Laudenbache'a również stworzyła pani rolę "szytą na miarę".

Tak. To aktor, którego uwielbiam od zawsze. Rodzice zabierali nas do teatru, żeby pokazać nam gwiazdy takie, jak Claude Rich, Laurent Terzieff, Claude Piéplu, Georges Wilson i… właśnie Philippe Laudenbach. Miałam okazję grać z Philippem w filmie Main dans la main, gdzie smalił do mnie cholewki. Truffaut uważał go za najlepszego francuskiego aktora. Z wyglądu przypomina mi moją matkę, babcię i wujów, zatem jest mi bardzo bliski.

Pisząc dla niego dialogi miałam w głowie jego figlarne spojrzenie i charakterystyczny głos. Stworzył bardzo czułą postać. Gdyby nie on, Papick mógłby szybko popaść w małostkowość.

W życiu prywatnym to bardzo uprzejmy, ujmujący mężczyzna. W dniu pierwszych przymiarek kostiumów, gdy otworzyłam drzwi garderoby, ujrzałam rozbawionego jak dziecko Pilippe'a w kostiumie Voltaire'a, popisującego się przed Catherine Leterrier i... Sigourney Weaver, która akurat wpadła ją odwiedzić. Był taki zadowolony, że ma wokół siebie wpatrzone w niego kobiety! To było zabawne i ekstrawaganckie, jak on sam.

Denis Podalydès gra łajdaka-przyjemniaczka, niewiernego męża... Niezbyt sympatyczna rola...

Twierdzi, że przyjął ją wyłącznie po to, żeby wypowiedzieć kwestię "Nie jedź metrem!" Oczywiście, byłam zaskoczona i zadowolona, że zgadza się przyjąć rolę drugoplanową. Zwłaszcza, że dopisałam tę kwestię w łóżku, dzień przed wysłaniem mu scenariusza. Nie po raz pierwszy spotykamy się na planie. Graliśmy już razem w Królową być!, Neuilly... sa mère, i Adieu Berthe.

Lubię na niego patrzeć, gdy ma przed sobą trudne zadanie i musi przekazać złą wiadomość, pasuje mu to. W Królową być! musiał poinformować Księcia, że jego ojciec (Król) nie żyje. Wszedł nocą do pokoju hotelowego i rzucił tchórzliwie: "Twój ojciec miał w śmigłowcu duże problemy ze zdrowiem". W tym filmie, to on w pewnym sensie zapoczątkowuje całą intrygę, odgrywa rolę posłańca złych wieści, doprowadzając do "upadku"  Marie-Francine, z tą samą zbolałą miną, z którą, jak zawsze, świetnie wygląda. Występuje zaledwie w kilku scenach, ale należą one do najtrudniejszych, bo bardzo łatwo jest w nich popaść w śmieszność albo w patos. Dzięki niemu zachowujemy lekki ton.

Po raz pierwszy współpracowała Pani z Sabine Haudepin podczas pisania scenariusza.

Spotkałyśmy się w Teatrze Palais-Royal, w sztuce Un fil à la patte. Grałam tam niewielką rólkę jej niewdzięcznej siostry. Szybko się polubiłyśmy i przyjaźnimy się do dziś. 26 lat później spotykałyśmy się codziennie, na tej samej ulicy, żeby razem pisać i dobrze się przy tym bawić. Cudownie było dzielić z nią te chwile, rozmawiać o wątpliwościach, zmianach i efektach pracy...

Gdy Sabine, która ma świetne pióro i olbrzymią wiedzę literacką, dołączyła do mnie, prace nad scenariuszem były już dość zaawansowane. Miałam zarys postaci, w tym również siostry bliźniaczki, Marie-Noëlle, która jednakże miała nie pojawiać się w filmie (mieszkała w Nowej Kaledonii). Sabine uparła się, że powinna się pojawić i że to ja mam ją zagrać. I mała rację, mimo, że z technicznego punktu widzenia było to czasem dość ciężkie w realizacji. Dni zdjęciowe "bliźniaczek" były bardzo trudne, cały czas bałam się, że zepsuję którąś z nich, że zagram ją gorzej, na korzyść tej drugiej. Jeszcze trudniej mieli moi partnerzy, którzy musieli grać najpierw z jedną, później z drugą, a do tego słuchać wskazówek trzeciej - wiedząc, że jest to jedna i ta sama osoba...

Ale dzięki doświadczeniu Sabine, która gra w filmach od czwartego roku życia (Jules i Jim Truffaut), czyta 10 razy więcej niż ja i chodzi do kina znacznie częściej ode mnie, udało się nadać tej historii odpowiedni dystans, świeżość i realizm, od którego ja sama czasem się oddalam.

Marie-Noëlle przypomina jedną z pani postaci kabaretowych, La Renardière. Czy widzowie często się jej domagają?

Z wielką przyjemnością gram ją na scenie w swoim najnowszym spektaklu. Podczas prób w teatrze Châtelet dostrzegłam małe drzwiczki, wiodące na widownię. W normalnej sytuacji nigdy nie zeszłabym tam w trakcie spektaklu, uważam, że każdy powinien trzymać się swojego miejsca. Ale tym razem bardzo chciałam, żeby zrobiła to postać, którą zna tak wielu widzów. Pomyślałam, że jej miejsce jest wśród publiczności, że może pytać ludzi o ceny biletów etc. Bawiło mnie, że kpię z samej siebie, z tego, kim jestem, z tego, co ludzie o mnie myślą, wypowiadając kwestie w stylu: "Nawet nie wiadomo, czy ma męża". Gdy wchodziłam na plan w charakteryzacji Marie-Noëlle, wszyscy byli bardzo zadowoleni. Może po prostu mieli już dosyć Marie-Francine...

W jaki sposób gra się dwie postaci w tej samej scenie? 

Pracowałam z aktorką, która "grała z play-backu", słyszała mój głos w słuchawkach i naśladowała rytm mojej gry. Nauczyła się kwestii obu postaci i odtwarzała kwestie tej, której akurat nie grałam. Widzimy ją również od tyłu w scenie na schodach. Później używaliśmy dość prostych, jak na dzisiejsze czasy, efektów specjalnych: cięliśmy obraz na dwie części i sklejaliśmy obie połowy, odtwarzając scenę.

Czy dobrze zna pani 16. dzielnicę Paryża, w której rozgrywa się akcja filmu?

Gdy po raz pierwszy przyjechałam do Paryża, przez kilka dni mieszkałam u babci mojej kuzynki, przy rue de la Pompe.  Jestem dziewczyną ze wsi. Paryż zaczęłam poznawać właśnie od 16. dzielnicy. Jest bardzo malownicza. Kręte ulice, drzewa... Nie wiem, czy chciałabym tam mieszkać, ale uważam, że ma mnóstwo uroku. Będąc tam, mam wrażenie, że przeniosłam się w czasie. To egzotyczne miejsce.

Jak określiłaby pani klasę społeczną, do której przynależą rodzice? W ich przypadku nie można mówić o zdeklasowanej czy też zrujnowanej burżuazji, to coś subtelniejszego...

Nie należą ani do arystokracji, ani do zrujnowanej burżuazji. To drobnomieszczanie, ubierający się w określony, skodyfikowany sposób. Ich życiowa aktywność mieści się w skrócie G.B.M. (golf, brydż, msza). We Francji nadal żyje wielu takich ludzi. Nie chciałam, żeby mieszkali wśród sztukaterii, parkietów i sreber. To ludzie nowocześni, żyjący w domu wybudowanym w latach sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych, mają wi-fi, nowy samochód, a przede wszystkim - nie rozwiedli się. "Skoki w bok" nie zniszczyły ich rodziny.

Scenografia we wnętrzach jest bardzo starannie dopracowana

Współpracowałam już ze scenografką Emmanuelle Duplay podczas realizacji reklam, dawno temu. Edouard Weil nalegał (i miał rację!) żeby to ona stworzyła scenografię.  Większość wnętrz, na przykład mieszkanie rodziców, odtworzyła w studiu.  W filmie jest scena, w której ojciec i matka rozmawiają ze sobą, będąc w dwóch sypialniach (i którą, nawiasem mówiąc, zapożyczyłam w całości z Madame de...). Oczywiście nie udało nam się znaleźć mieszkania o idealnym rozkładzie, dlatego powstało ono w Bry-sur-Marne, gdzie nakręciłam swój pierwszy film, Quadrille. Uwielbiam pracę w studiu, ma w sobie magię. Wystarczy trochę przybrudzić ścianę wokół wyłącznika i już wierzymy, że jesteśmy u kogoś w domu, to wspaniałe. Mieszkanie rodziców, stworzone przez Emmanuelle, jest tak realistyczne, że podczas zdjęć, wychodziłam na balkon, żeby się przewietrzyć... Nie chciałam, żeby było duże. Dwie sypialnie, wykładzina, japońska tapeta na ścianach i mały, widoczny przedpokój, nadający całości teatralny charakter. Dzięki niemu widać każdego, kto wchodzi i wychodzi z mieszkania. Skopiowałam ten pomysł z serialu Columbo. Inspiracją był dla mnie również dom, w którym dorastałam, a którego nie widziałam od dwudziestu lat - zwłaszcza w kwestii kolorów i płyt oraz muzyki, którą słuchać w filmie. Moustaki i Amalia Rodrigues... właśnie tego słuchało się w domu moich rodziców. Film to dziwna rzecz, dzieło zbiorowe. Pracuje przy nim kilkaset osób, dbających o to, by nie stracić pewnej intymności, którą reżyser powinien zawsze mieć na uwadze.

Stróżówka rodziców Miguela także powstała w studiu?

Nie. To była prawdziwa stróżówka, którą przerobiono na pomieszczenie dla rowerów. Na potrzeby filmu znów stała się stróżówką.  Obiecałam sobie, że nie będę wymagać od naturszczyków, by grali role ludzi, którymi są w prawdziwym życiu. A jednak! Kobieta grająca matkę Miguela jest prawdziwą dozorczynią, a mężczyznę, grającego jej męża, spotkaliśmy w barze przy rue Longchamps, gdzie co piątek spotyka się wielu Portugalczyków, niedaleko restauracji, w której kręciliśmy kuchenne sceny Miguela. Napad śmiechu Marie-Francine i Miguela w jednej ostatnich scen, gdy rodzice, jedno po drugim, idą do toalety, brzmi bardzo naturalnie. Nic dziwnego. Tuż przed tą sceną dowiedziałam się, że gdyby ta pani rzeczywiście była matką Patricka, musiałaby urodzić go w wieku sześciu lat.

Powstanie film o bliźniaczce,Marie-Noëlle?

Czemu nie, byłaby zabawna! Te jej botki, dżinsy, golfy i puchowe kamizelki... A gdyby na plan wpadła na chwilę Marie-Francine, być może wszyscy ucieszyliby się na jej widok...

 

"Nie ma tego złego..." - premiera 15 września

Opis filmu:

Valerie Remercier, znana wszystkim z roli mamy Mikołajka w najlepszej francuskiej komedii romantycznej tego lata! Marie-Francine ( Valerie Remercier ) po odejściu męża i utracie pracy jest zmuszona wrócić do domu... rodziców. Jej córki i rodzina od razu organizują dla niej pomoc - piszą dla niej CV, przedstawiają kolejnych kandydatów na partnera, a nawet proponują udział w programie ''Rolnik szuka żony''. Ale czy może być jeszcze gorzej? Marie-Francine musi zweryfikować swoją filozofię życia. Tym bardziej, że spotyka Miguela, czarującego kucharza, który znalazł się w podobnej sytuacji jak ona. Czy Marie-Francine potrafi wykorzystać ten uśmiech od losu i odnaleźć na nowo radość życia?

Zobaczcie zwiastun!

materiał PR

zdjęcia: materiały PR

Zobacz także

Komentarze

Ładowanie komentarzy...

Dodaj komentarz

Użytkownik niezalogowany

18 lipca 2018, 13:05

Nasze propozycje