Logowanie
Logowanie. Proszę czekać
Nie posiadasz jeszcze konta? Zarejestruj się!
Przypomnij hasło
Rejestracja
Płeć: *

Administratorem danych osobowych jest Edipresse Polska SA z siedzibą przy ul. Wiejskiej 19 w Warszawie. Dane będą przetwarzane w celu świadczenia usług za pomocą portalu oraz w celach marketingowych zgodnie z zakresem udzielonych powyżej zgód.

Osoba podająca dane ma prawo dostępu do treści swoich danych oraz ich poprawiania. Podanie danych osobowych oraz wyrażenie zgody na ich przetwarzanie jest dobrowolne. Dane mogą być udostępnione innym podmiotom z grupy kapitałowej Edipresse Polska SA.

Rejestracja. Proszę czekać
Nie możesz się zalogować? Przypomnij hasło
Masz już konto? Zaloguj się!
Odzyskiwanie utraconego hasła
Odzyskiwanie utraconego hasła. Proszę czekać
Nie posiadasz jeszcze konta? Zarejestruj się!
Masz już konto? Zaloguj się!

Poprzedni artykuł: TOP 5: najlepiej oceniane palety cieni do oczu w KWC Następny artykuł: Promocja w Sephorze. Skorzystaj ze zniżki dla czytelniczek Wizaz.pl

Rzęsy, proszę!

Jasne, krótkie i (o zgrozo!) rzadkie rzęsy - właśnie takie mam odkąd pamiętam. Przyznam szczerze, że nie znam dziewczyny, która ma równie beznadziejne. Więcej – nie znam nawet żadnego faceta, którego tak fatalnie obdarzyła natura. Na szczęście po latach czekania na cud, mogę mieć teraz takie jak chcę.

Droga do tego cudu była bardzo długa. Pierwsze maskary  kupowałam jako nastolatka, a było to kilkanaście lat temu. Niestety jakość tych kosmetyków pozostawiała wtedy sporo do życzenia. Zazdrościłam swoim koleżankom, którym wystarczyło pociągnięcie tuszem, aby mieć zmysłowe spojrzenie. W moim przypadku to nie działało w ogóle, a im  więcej maskary nakładałam, tym bardziej sklejałam rzęsy i tak niechcący tworzyłam niemodny jeszcze wtedy efekt glam rock.

Dopiero kilka lat później pojawiły się nowe formuły i silikonowe szczoteczki, które ładnie rozczesywały rzęsy i nieco je wydłużały oraz pogrubiały. Efektu „WOW!” nie mogłam uzyskać nadal, ale wyglądałam już dość przyzwoicie, bo widać było, że coś tam z tej powieki wyrasta. Próbowałam więc baz pogrubiających i wydłużających - niestety na moich krótkich antenkach te cudowne polimery wyglądały jak dziwne pozostałości po rzęsach. Po przeciągnięciu całości tuszem prezentowałam się żałośnie. Pewnie większość z Was należy do tej samej grupy co moje koleżanki i wystarczy Wam dobry tusz, żeby zatrzepotać rzęsami. Ja jednak musiałam szukać dalej.

 

Tuning na całego, odżywka przedłużająca rzęsy

Kolejnym rozwiązaniem mojego problemu były odżywki, które gwarantowały szybki wzrost rzęs. Był czas, że zakochałam się w Revitalash, niestety efekt pojawiał się tylko wtedy gdy stosowałam ją regularnie. A ja niestety regularna nie jestem w ogóle, a stosowanie tego cuda od czasu do czasu nie powodowało spektakularnych rezultatów.

Inne odżywki, w moim przypadku, spełniały swoją podstawową funkcję, czyli odżywiały rzęsy, ale ich nie wydłużały i nie pogrubiały. Próbowałam też innych rozwiązań, m.in. „podtuningowania” rzęs u kosmetyczki, czyli hennę i trwałą. Skończyło się na jednorazowej przygodzie, bo nikt oprócz mnie nie zauważył różnicy w kolorze, a ten miniloczek rzęs zamiast seksownie - wyglądał zabawnie.

Długie na zawołanie. Przedłużanie rzęs metodą 1 do 1

Niecałe dziesięć lat temu w salonach kosmetycznych została wprowadzona usługa przedłużania rzęs. Po dotychczasowych poszukiwaniach wiedziałam, że to coś dla mnie. Jednak zanim trafiłam we właściwe miejsce i na właściwą osobę minęło wiele lat i nie zawsze zabawnych przygód. Do takich, które utkwiły mi w pamięci należało pierwsze przedłużanie.

Jako dziennikarka i jednocześnie testerka trafiłam do prywatnego mieszkania w centrum Warszawy, tam  zabieg wykonywała młoda dziewczyna z rzęsami sięgającymi do brwi. Trochę się jej wystraszyłam, więc już w progu poprosiłam o zdecydowanie krótsze i bardziej naturalne.

To były trzy godziny męki – laska trajkotała o jakimś starym facecie, który ją utrzymuje i jednocześnie wpuszczała mi do oka masę kleju. Wychodząc z salonu nie bardzo widziałam efekt, bo w ogóle ledwo widziałam na oczy. Okazało się, że rzęsy są poczochrane, bo przyklejone pod różnym kątem. Na dodatek sklejone są nie z naturalną rzęsą, a ze skórą powieki! I na koniec: były nie dużo krótsze od tych, które miała ta upiorna kobieta. Trafiłam do okulisty z zapaleniem spojówek.

Po tym czasie miałam kilka lat przerwy. Stopniowo przekonywana przez koleżanki trafiałam do polecanych salonów. Było już lepiej, choć jeszcze kilka razy zdarzało mi się wyjść po zabiegu z rzęsami poprzyklejanymi pod różnym kątem, których nijak nie dało się równo uczesać. Poza tym metoda 1:1 (czyli przyklejanie jednej sztucznej rzęsy do jednej prawdziwej) u koleżanek wyglądała super, ale niestety nadal nie u mnie. Rzęsy owszem były długie, ale bardzo rzadkie.

Strzałem w dziesiątkę okazała się metoda „Blink&Go”  - w ciągu 20 minut kosmetyczka aplikowała do każdej rzęsy kilka sztucznych. To było coś! Pierwszy raz w życiu widziałam taki efekt zagęszczenia i wydłużenia jednocześnie! Niestety można je było nosić tylko przez dwa tygodnie, bo były zbyt ciężkie i osłabiały naturalne rzęsy.

Jak własne. Przedłużanie rzęs metodą objętościową

I stał się cud! Na rynek wprowadzono metodę objętościową. Nagle zaistniał wymarzony przeze mnie sposób przyklejania kilku leciutkich rzęs do jednej naturalnej. Poliestrowe lub jedwabne włoski okazały się niesamowicie cienkie (mają zaledwie 0,07 mm) i lekkie, więc można ich aplikować nawet 8 razy więcej niż w przypadku metody 1:1.  Nie wyczuwa się ich zupełnie na powiekach.

Fakt, są drogie (ok. 300 zł), ale jak dla mnie mają same zalety. Po pierwsze – mam w końcu rzęsy, w dodatku mam je o każdej porze dnia i nocy. Rano nawet gdy zaśpię do pracy, mogę wyjść bez makijażu i nie wyglądam jak ślepy kret, a windzie sąsiedzi mnie nie pytają czy  jestem chora. Mogę wyjechać na wakacje, pływać w morzu i opalać się,  a one przez całe dwa tygodnie są w nienaruszonym stanie. Moje oczy wydają się większe, ale... staram się, aby rzęsy wyglądały na tyle naturalnie, aby nikt się nie zorientował, że są nie moje. Jak to zrobić?

 „To możliwe, jeśli osoba, która je zakłada weźmie pod uwagę wiele czynników, m.in.: kształt oka, budowę powieki, skręt rzęs, ich jakość i dopiero wtedy dobierze odpowiednią długość” – opowiada Sviatlana Ciniakova, trenerka marki Nouveau Lashes. Oczywiście do wyboru jest wiele innych metod objętościowych, m.in.: Natural Lashes, Noblelashes, Secret Lashes.

Niestety wszystkie mają też jedną wadę: za każdym razem gdy je zdejmujesz lub robisz sobie przerwę - tracisz dobry humor. To kolejny nałóg, bez którego naprawdę trudno żyć!

Magdalena Błaszczak

Czytaj też: Stylistka brwi to nowa makijażystka


Zobacz także

Komentarze

Ładowanie komentarzy...

Dodaj komentarz

Użytkownik niezalogowany

6 grudnia 2016, 18:53