Poprzedni artykuł: Te kosmetyki są już... niemodne! Następny artykuł: Większość z nas to robi i nawet nie wie, że w ten sposób... bardzo szk...

Fanką tej marki jest sama Kate Middleton - sprawdziłyśmy, jak działa krem z... aktywnym tlenem!

Pielęgnacja,
,
, tagi: krem do twarzy, kate middleton, test redakcji, Karin Herzog
Czy stosowanie kremu z aktywnym tlenem sprawiło, że poczułam się... jak księżna? ;)

Nigdy nie jest za wcześnie, by zacząć myśleć o ochronie skóry przed oznakami przedwczesnego starzenia. Wbrew temu, co z pewnością powtarzały mamy niektórych z was (w tym i moja) gdy miałyście po kilkanaście lat, kremy anti-aging wcale nie są tworzone wyłącznie dla starszych pań. Wręcz przeciwnie - im wcześniej zaczniemy zwracać uwagę na potrzeby naszej skóry, tym większa szansa, że później dopadną nas zmarszczki i inne, nieprzyjemne objawy wynikające nie tylko z procesu starzenia się, ale także będące wynikiem "błędów młodości" (takich, jak choćby hit lat 90-tych: solarium).

Zobacz też: Sprawdź, jak Wizażanki oceniły nawilżające maski Moisture+ do twarzy z naturalnego włókna Garnier Skin Naturals!

Z powyższych względów jestem otwarta na różne rozwiązania: zarówno te płynące z natury, jak i zdobycze najnowszych technologii. Gdy w moje ręce trafił krem z aktywnym tlenem szwajcarskiej marki Karin Herzog, nie ukrywam - byłam zafascynowana. Moja ciekawość wzrosła, gdy przeczytałam, że do grona sympatyków tej marki zalicza się szereg gwiazd (m.in. Kylie Minogue i Uma Thurman), a pomiędzy nimi sama księżna Kate. Decyzja została podjęta: trzeba przeprowadzić test, którego rezultatami chcę się dzisiaj z wami podzielić.

Karin Herzog to marka stworzona w Szwajcarii przez dr Paula Herzoga, któremu po latach badań udało się ustabilizować aktywny tlen w kremie. Formuła została opatentowana i po dziś dzień jest trzymana w tajemnicy, a mały biznes przekształcił się w niewiele większą, rodzinną firmę. W portfolio marki znajdziemy przede wszystkim produkty pielęgnacyjne - ja wypróbowałam Krem przeciwzmarszczkowy VITA-A-KOMBI 1 z 1% aktywnego tlenu.

Kosmetyk znajduje się w eleganckim, czarnym słoiczku - do kompletu otrzymałam pędzelek służący do aplikacji kremu. Wbrew pozorom nie chodzi tutaj o elegancję, ale o czysto praktyczny aspekt - zawarty w kremie tlen uwalnia się podczas kontaktu ze skórą. Pędzelek zapobiega więc "utracie" cennego składnika, która miałaby miejsce, gdybym próbowała nałożyć kosmetyk opuszkami palców. 

Słoiczek jest zabezpieczony grubą membranką - ukryty w nim krem ma jasnobeżowy kolor i lekką, lecz stosunkowo zbitą konsystencję. Zapach jest bardzo delikatny, prawie niewyczuwalny.

Testowany przeze mnie produkt jest przeznaczony do walki z pierwszymi oznakami starzenia - zawiera witaminę A oraz 1% aktywnego tlenu, które mają pobudzać produkcję kolagenu, eliminować toksyny, nawilżać, wyrównywać koloryt i zapewniać efekt rozświetlenia. Jak wygląda działanie kremu w praktyce?

Sama aplikacja jest bardzo łatwa i higieniczna, chociaż na początku musiałam się przyzwyczaić do stosowania pędzelka. Wystarczy niewielka doza produktu, by kilkoma muśnięciami pokryć powierzchnię całej skóry twarzy. Chwilę po aplikacji zaczyna się... zabawa.

Krem wywołuje delikatne uczucie mrowienia - szczególnie podczas kilku pierwszych aplikacji (później przyzwyczajamy się do tego efektu). Producent tłumaczy to tym, że zawarty w kosmetyku tlen zmienia postać z płynnej w gazową, wywołując mikrociśnienie - stąd interesujące wrażenia ;)

Jednak mrowienie jest niczym, w porównaniu z tym, co dzieje się później. Prawdziwym szokiem był dla mnie etap, podczas którego tlen stopniowo rozprzestrzenia się w skórze, wywołując efekt spektakularnego rozjaśnienia. Aby dobrze to zobrazować, wykonałam test na ręce - same zobaczcie:

Uspokajam: widoczne na zdjęciu kontaktowe wybielenie utrzymuje się tylko przez kilka minut i słabnie w miarę dalszego stosowania kosmetyku. Jednak długofalowo  można zauważyć wyraźne wyrównanie kolorytu cery i jej ogólne rozjaśnienie - widoczny efekt to coś, co wszystkie lubimy prawda? :) Na twarzy prezentuje się to nieco mniej ekstremalnie niż na ręce, jednak nadal można zaobserwować różnicę.

Po kilku tygodniach stosowania mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że VITA-A-KOMBI 1 nie tylko rozjaśnia, ale także nawilża moją skórę. Stosuję go także na skórę szyi i dekoltu - nie zaobserwowałam problemów z zapychaniem ani żadnych podrażnień. Ze zrozumiałych względów dziś nie jestem w stanie stwierdzić, czy dzięki niemu będę miała mniej zmarszczek w przyszłości, ale pozwolę sobie zachować taką nadzieję ;)

Niestety, cena tego produktu należy do wysokich - koszt słoiczka o zawartości 50 ml to aż 349 zł. Niektóre z was zapewne nazwą to kosmetyczną fanaberią, ale ja skłaniałabym się raczej do myślenia o tym w kategoriach... inwestycji. Ostatecznie do tej pory żadna z marek nie była w stanie skopiować zaawansowanej formuły dr Herzoga.

W działanie aktywnego tlenu można wierzyć lub nie - do mnie przemawiają widoczne efekty, a tutaj zdecydowanie mogę zaobserwować, że coś się dzieje. Lubię też efekt rozjaśnionej skóry, więc krem Karin Herzog zdecydowanie przypadł mi do gustu i jestem skłonna odłożyć na niego kilkadziesiąt złotych każdego miesiąca - zwłaszcza, że słoiczek 50 ml jest bardzo wydajny. Po teście jestem też w stanie zrozumieć, dlaczego marka cieszy się taką renomą wśród gwiazd.

Co sądzicie o kremie z aktywnym tlenem? Chciałybyście sprawdzić jego skuteczność?

Zobacz też: Test redakcji: maseczka bąbelkowa krok po kroku - jak to rzeczywiście działa?

Polecany film


Zobacz także

Komentarze

Ładowanie komentarzy...

Dodaj komentarz

Użytkownik niezalogowany

22 kwietnia 2018, 02:58

Nasze propozycje