18.URODZINY Klub Recenzentki Kody rabatowe Konkursy i testy
Statystyki: + Dodaj produkt + Dodaj Look

Masaki Matsushima, Art Homme EDT

Masaki Matsushima, Art Homme EDT

Średnia ocena użytkowników: 4,5 /5

Kategoria
Pojemność 40 ml
Cena 209,00 zł

Opis produktu

Zgłoś do moderacji

`Art Homme` marki Masaki Matsushima to orientalno-drzewne perfumy dla mężczyzn, wydane w 2011 roku. Nutami głowy są kardamon, czarny pieprz i mandarynka; nutami serca są irys, paczula i kwiat pomarańczy; nutami bazy są ziarno kakaowca, jodła, białe piżmo i nuty drzewne.

Kategoria: orientalno - drzewna

Nuty zapachowe:
nuta głowy: kardamon, czarny pieprz, mandarynka
nuta serca: irys, paczula, kwiat pomarańczy
nuta bazy: ziarno kakaowca, jodła, białe piżmo, nuty drzewne

Cechy produktu

Pojemność
<50ml
Pokaż wszystkie Schowaj

Składniki

Znasz skład tego produktu? Dodaj go do naszej bazy i twórz z nami KWC!

Dodaj go do naszej bazy!

Recenzje 2

Średnia ocena użytkowników: 4,5 /5
Trwałość:
Zapach:
Flakon:
Więcej ocen Schowaj

4 /5

Nie wie, czy kupi ponownie

Używa produktu od: nie określono

Gwiazdka w latach \'90-tych

Od dawna nie dzielę perfum na te dla kobiet i te dla reszty świata. Odnoszę wrażenie, że to wprowadzanie sztucznych podziałów ugruntowuje przekonania z kategorii &quot;dziewczynki w różowym, chłopcy w niebieskim&quot; albo &quot;&quot;dziewczynce lalkę, chłopcu karabin&quot; itp. Bzdet jakiś totalny wymyślony przez kogoś, kultywowany w imię nie wiadomo czego.
Dlatego też sięgam łapką na każdą półke, ściągam to co mi sie podoba i głęboko w nosie (lub gdzie indziej) mam skonfudowane miny ekspedientek na wieść, że szukam czegoś dla siebie: &quot;to nie dla męża?&quot;. Nie kurde, dla mła.

Dlatego też nie wahałam się, gdy Czcigodna BBRAT zaproponowała mi testy Masaki. No i co, że dla mężczyzn? Mi nikt mózgu nie programował:]

Siedzę sobie, niucham ramię, szukam obrazu, bo gonitwa slajdów to nie jest dobre określenie. I jednak muszę go rozberać, żeby sklejając na nowo zobaczyć, co ciekawego wyjdzie:)
W otwarciu typowo kolońska konotacja mocno kojarząca mi się z wiekiem szczenięcym i kupowaniem dla Padre Prastarej. To już skansen, bo Old Spice to jeszcze muzeum, a w końcu w latach \'90-tych to były hity. Do dzisiaj mam ten silny alkoholowy zapach w głowie i budzi on moje miłe wspomnienia zakupów przedświąteczncznych, czynności powtarzanych, tego roztargnienia ale i oczekiwania.
I o ile Prastara, jak typowa woda kolońska, nigdy nie ewoluowała, bo i nie miała prawa, tak Art idzie sobie dalej. Wyczuwalna staje sie mocno stłamszona paczula. To nie zimne, piwniczne, lekko depresyjne jej oblicze, a susz ogrzany w cieple pomarańczy i korzenia irysa. Nawet bardziej w stronę pomarańczy i to soku, nie skórki. Czyli robi się cieplej, milej, jeszcze bardziej świąteczne.
Potem jest juz tylko lepiej, a minowicie pogłębiony zostaje zapach w sposób czysty, biały. Ziarno kakaowca staje się szkolanką wieczornego kakao, białe piżmo gładkim kremem na ciastach światecznych. Drewno jest gdzieś w tle, ale nie soczyste, tylko to podsuszone, kominowe, leżakujące od dłuższego czasu.
Zapach ostaje na skórze, jak słusznie zauważyła BBRAT, w sposób bieliźniany (ja to tak nazywam): jest tak blisko skóry, że tylko osoba wtulająca nam się w szyję czy ramię będzie w stanie go wyczuć, a jednocześnie roztacza miłą aurę, której otoczenie nie będzie w stanie dookreślić, choć reagować będzie pozytywnie.

Art Homme to dobry zapach, poprawny, skrojony zgodnie ze sztuką. Dla mnie to obraz świąt w latach 90-tych, które wspominam inaczej niż dzisiejsze nastolatki: jako poszukiwanie, bieganie z zakupami nie w hurtowych ilościach bo i nie wszystko było dostępne, a nawet jak było, to trzeba było mieć na to pieniądze:) To godziny stania w kuchni, bo niczego się nie kupowało, tylko wszystko piekło samemu. I dlatego mój mózg przechowuje tak wiele woni, które bezsprzecznie kojarzą mi się z tamtym okresem: ciepłem domowym, domową kuchnią i nostalgią, do której regularnie sie wraca.

Nie jest to zapach powalający na kolana swoim nowatorstwem, nie jest odkrywczy, właściwie niczym specjalnym sie nie wyróżnia. Jednak dla ludzi tęskniących czasami za minionymi czasami będzie jak znalazł. Lubię go sobie wąchać co jakis czas. Ostatnio tak mnie rozczuliło jego wąchanie, gdy w jakimś kiosku zobaczyłam na wystawce Limarę...:)

Ja nosić nie będę, bo moje zapachy wykraczają daleko poza kategorię &quot;akceptowalne przez ogół społeczeństwa&quot;, a ja ciągle poszukuję. Niemniej spodobały się bardzo memu Padre... Ciekawe dlaczego..:)

Nazwa: ładna
Flakon: bardzo ładny, prosty
Trwałość: około 5 godzin


Używam tego produktu od: kilka tygodni
Ilość zużytych opakowań: testy na flakonie

5 /5

Nie kupi ponownie

Używa produktu od: miesiąc

JAPOŃCZYK NA SYBERII

Jak przy większości zapachów MM (oprócz Shiro) projekcja poniżej długości ramion (może dlatego, że mam je długie) a trwałość praktycznie poniżej godziny. Niesamowita butelka, smukła, ergonomiczna, ciężka (robi wrażenie metalowej) w kolorze jaśniejszym, niż na zdjęciu, z efektem metalicznej powłoki lakierowej. Wygodniejsza w użyciu niż większość opakowań produktów użytkowych typu dezodorant.

Zapach dwuetapowy, z wyraźnym przeskokiem z jednej fazy w drugą. Nie ma płynnego przejścia, jest nagły (jak na perfumy) zwrot akcji. Zanim się połapiemy o co chodzi, ostre nuty pieprzu i jodły przechodzą w słodkawe ziarno kakaowca. Może (a nawet na pewno) się nie znam, ale dla mnie jodła z nut bazy jest wyczuwalna już w nutach głowy, wraz z czarnym pieprzem. Zapachu kardamonu nie znam, pewnie tu jest, skoro obiecali - ja prawdopodobnie wrzucam go do jednego worka wraz z ziarnem kakaowca i ten duet postrzegam jako solistę.
Zapach początkowo jest bardzo ostry. Wdziera się w drogi oddechowe i sieje spustoszenie. Borykam się z alergią, zaś Hexyl Cinnamal jest tu bardzo wysoko w składzie. Faza ostrości szybko mija, ale u alergika pozostawi bolesny ślad w oskrzelach i w tchawicy na wiele godzin, oraz bolesny kaszel.
Nie pamiętając opisu nut, myślałam, że jest tu lawenda, bo kilka razy, niczym błyskawica na niebie, przemknęła mi tu nuta ocierająca się o mydło, co zinterpretowałam jako lawendę. Mimo szczerej nienawiści zarówno do lawendy, jak i do mydła, incydentalny przebłysk tych dwóch nut zaskoczył mnie pozytywnie. Gdy potem połapałam się w tej układance, doszłam do wniosku, że to jednak nie lawenda, tylko jeden z kilku (mało mi jeszcze znanych) niuansów jodły. Jodła nie jest tu ujęta dosłownie w sposób leśny, z całym tym harmiderem wokół, typu krzaczki poziomek i sarenki - jest uchwycona gdzieś z lotu ptaka, same jej koniuszki huśtające się na wietrze, czysta, prawdziwa jodła, niczym nie zakłócona, świdrująca w nosie.
Potem świdrowanie odpływa i przychodzi etap łagodniejszy, miękko wymoszczony ziarnem kakaowca, które normalny europejski mieszczuch postrzega po prostu jako kakao z puszki. Brązowe na pograniczu czerni, słodkie na pograniczu gorzkości.
Obie fazy tego zapachu są piękne. O ile jednak ostro-jodłowa pierwsza faza jest bardziej interesująca niż komfortowa, o tyle miękko-kakaowa druga faza jest równie interesująca, co i komfortowa. Ale spokojnie - na żaden dyskomfort i tak nie jesteśmy tu narażeni - zapach znika w błyskawicznym tempie i ze mnie, i ze wszystkich testujących...

Jest to naprawdę pięknie wymyślony i poskładany w całość zapach. Aż się wierzyć nie chce, że te dziwne, trochę nietypowe nuty, pozornie niezbyt do siebie pasujące, śpiewają w jednym chórze, po mistrzowsku wykonującym piękną pieśń, i nie mylą się przy tym ani razu, kiedy i czyja kolej na arię solową. Pisząc na początku o wyraźnym przejściu z fazy pierwszej do fazy drugiej miałam na myśli fakt dość nagłego wyłaniania się kakaowca, któremu jodła wyraźnie ustępuje miejsca - ale podkreślam, że ład i harmonia zostają w pełni zachowane, mimo dość dynamicznej akcji.

Mimo niepokojącej pierwszej fazy, zapach szybko staje się dyskretnym, bliskoskórnym balsamem, tworzącym relację głównie z właścicielem, a nie z otoczeniem. Cały spektakl poszczególnych arii i końcowego opadnięcia kurtyny zaliczamy mniej więcej w godzinę lub w pół. Oczywiście jeśli użyjemy tych perfum dużo, a w nadgarstki wwąchujemy się intensywnie, aż do kości - to poczujemy taniec kakaowca z jodłą jeszcze i po dłuższym czasie. A potem wchodzi standardowy wygaszacz, czyli piżmo i trochę sobie mieszka na skórze, o ile psiknięte było hojnie i o ile przykładamy się do wąchania. Z ubrań zapach ulatnia się zaskakująco szybko, co jest najbardziej miarodajnym dowodem jego znikomej trwałości.
W sumie to dziwne - taki zdawałoby się żywiczno-kakaowy eliksir, a ulatnia się z prędkością mgiełki cytrusowej. Sama już nie wiem jak to jest z tą jego trwałością - bo z kolei użyty na noc (czasem robię takie eksperymenty) budzi mnie w środku nocy i dusi niczym intruz-zabójca, powodując kaszel wyrywający płuca, do białego rana...

Używam tego produktu od: niecały tydzień, w ramach eksperymentu
Ilość zużytych opakowań: 40 ml w trakcie, być może zmieni właściciela ;)

Najaktywniejsze recenzentki

  1. 1

    13
    produktów

    60
    recenzji

    425
    pochwał

    10,00

  2. 2

    17
    produktów

    27
    recenzji

    381
    pochwał

    8,22

  3. 3

    45
    produktów

    122
    recenzji

    135
    pochwał

    6,35

Zobacz cały ranking