Moja zajęta (!) koleżanka próbowała poderwać mojego byłego faceta. Zaczęło się od moich urodzin, wracaliśmy całą grupą do domu, ona żegnając się z nami palnęła coś o buziaczkach dla niego machając zalotnie rzęsami. Później w każdy piątek (widywaliśmy się tylko w weekendy) pytała zdrabniając imię mojego faceta, czy on dzisiaj po mnie przyjedzie. Po kilku takich akcjach wkurzyłam się i odpowiedziałam nieco agresywnie: "nie, nie przyjeżdża!" na co ona udając troskliwą przyjaciółkę pogłaskała mnie po głowie i zapytała: "a co, stało się coś?". Najbardziej rozłościła mnie kiedy zaczęła organizować urodziny wspólnej znajomej. Miało na nich dominować damskie grono plus jeden rodzynek - facet solenizantki. Wspaniałomyślna koleżanka zaczęła wypytywać, czy przyjdę ze swoim facetem. Zapytałam ją, dlaczego miałabym przyjść z nim skoro będą prawie same kobitki, odpowiedziała, że szuka towarzystwa dla faceta solenizatki, żeby się sam nie nudził przy stoliku i takie tam.

Powiedziałam, że to miłe z jej strony, że stara się zadbać o wszystko, ale dlaczego do jasnej anielki nie weźmie ze sobą swojego faceta tylko wypytuje o mojego?

Na co ona odpowiedziała: "szczerze mówiąc, to nie myślałam żeby wziąć mojego X., ale pomyślę nad tym".

Ostro ją zaatakowałam, powiedziałam jej, żeby przestała się interesować moim facetem, bo sama potrafię o niego zadbać, udawała wielce zdziwioną... Odczepiła się.