miłość...
...jest odległym dla mnie tematem, a zarazem bliskim... Bo niby jestem zakochana, bezustannie o nim myślę, ale co z tego? Historia zaczęła się dość banalnie: zobaczyłam go i zakochałam się od pierwszego wejrzenia. Potem poszło jak w ekspresowym pociągu: zaczęłam go zdobywać, bo on najwyraźniej mnie nie zauważył. Zdobyłam o nim mnóstwo informacji a pewnego popołudnia... Grałam z bratem i jego kolegą w piłkę. Było popołudnie, więc poszłam na chwil;ę do domu, aby się zapytać czy jest już obiad. Gdy odsunęłam bramę, zobaczyłam... Michała (mą miłość) oraz jego brata Pawła. Spojrzałam mu w oczy i się szybko ulotniłam. Tak, to dziwne - on był synem szefa mojego ojca. Po wakacjach jednak udało mi się:Zadzwonił i poprosił mnie o chodzenie. Nie zgodziłam się od razu, żeby nie pomyslał, że tylko na to czekałam (choć tak było). Chodzimy ze sobą już prawie dwa miesiące, ale nie wyszło z tego nic więcej, prócz krótkiego spaceru po osiedlu i rozmowach przez telefon. Bo w szkole on ma tak upierdliwych kolegów (zresztą ja też) że nawet nie mówię mu "cześć". Kiedy np. oglądam jakiś romantyczny film, to marzę, żeby się całować, przytulać, mieć do kogo mówić "misiu", ale kiedy myślę, że coś takiego mogłoby zajść, między mną, a Michałem, myśl o miłości w pewien sposób przeraża mnie. Jedyny komplement, jaki od niego usłyszałam, to to, że mam ładny głos. Może ja jestem niezdolna do miłości? Może nie umiem kochać? Proszę Was o jakąś dobra radę, bo ja naprawdę nie umiem już tak żyć. To mnie tak przytłacza... Ciągle spełniam rolę zazdrosnej dziewczyny, ale jednak nie sądzę, żeby to miało na ten "związek" jakiś wpływ... już nawet ostatnio wogle do siebie nie dzwonimy, ani nie rozmawiamy... Proszę, pomóżcie mi
|