Wizaz.pl - Podgląd pojedynczej wiadomości - Moja historia
Wątek: Moja historia
Podgląd pojedynczej wiadomości
Stary 2010-10-19, 12:35   #2
201803290936
Konto usunięte
 
Zarejestrowany: 2006-10
Wiadomości: 43 642
Dot.: Moja historia

Cytat:
Napisane przez agg85 Pokaż wiadomość
Witam was dziewczyny J
Zakładam nowy wątek choć wiem że na forum są podobne, ale musze to z siebie wyrzucić i może dzięki mojej historii te z was które są w podobnej sytuacji nie popełnią moich błędów.

Chodzi oczywiści o faceta, miłość życia, niedoszłego męża itd.

Wszystko zaczęło się 5 lat temu. Miałam wtedy 20 lat on 23. Ognisko z przyjaciółmi nad jeziorem, rozmowa przy księżycu stało się – zaiskrzyło. Nie od razu byliśmy razem. On cały czas się starał żebyśmy byli razem, ja trochę się bałam. Wtedy mimo młodego wieku byłam bardzo niezależna, ale miałam też już pewne nieprzyjemne doświadczenia i bałam się powtórnego zranienia. Poza tym mieszkaliśmy 80 km od siebie. W końcu jednak się przełamałam, postanowiłam spróbować. Było cudownie, choć spotykaliśmy się tylko w weekendy. Razem bawiliśmy się z przyjaciółmi dużo rozmawialiśmy, ale wtedy nic nie planowaliśmy. Po ok. pół roku uświadomiłam sobie ze chcę czegoś więcej, ze potrzebuję mężczyzny który poważniej niż on podchodzi do życia, który myśli o przyszłości. Chciałam żeby nasz związek dojrzał, nie opierał się tylko na wspólnej zabawie. On tego nie rozumiał. W efekcie spotykaliśmy się coraz rzadziej, nie pisaliśmy do siebie, nie dzwoniliśmy, po roku wspólnej znajomości rozstaliśmy się. Ja tego chciałam, wiedziałam że z tym człowiekiem (choć coś do niego czułam) nie będę potrafiła być szczęśliwa.

Przez dwa lata każde z nas żyło swoim życiem, spotykaliśmy się z różnymi ludźmi. Ja wyjechałam skończyć studia do innego miasta, znalazłam tam świetna prace w zawodzie, robiłam karierę, czułam że cały świat należy do mnie. Przez cały ten czas byłam z nim w kontakcie, na początku wysyłaliśmy do siebie tylko smsy na święta, ale z czasem coraz częściej rozmawialiśmy na gg, przez telefon. W końcu zaprosiłam go do siebie. Przecież nic nie stało na przeszkodzie żebyśmy byli przyjaciółmi. Przyjechał na weekend, było świetnie, okazało się ze mimo tych dwóch lat dalej świetnie się rozumieliśmy, choć każde z nas na swój sposób się zmieniło. Spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, znów zbliżyliśmy się do siebie. Wtedy wyznał mi że nadal mnie kocha, że zrobi dla mnie wszystko, ze nie wyobraża sobie życia beze mnie. W mojej głowie pojawiło się dużo sprzecznych myśli, serce chciało rozum ostrzegał. Powiedziałam mu ze na odległość to nie ma sensu (teraz dzieliło nas 200 km a nie 80 jak poprzednio), ze raz już nie wyszło. Zaproponował ze się przeprowadzi, ze tu poszuka pracy, że moglibyśmy spróbować jeszcze raz. Bałam się tego wszystkiego ale nie potrafiłam odmówić. Był to okres kiedy skończyłam studia, wielu znajomych wyjechało do swoich rodzinnych miejscowości, w pracy miałam różne problemy.

W końcu stało się on znalazł pracę, przeprowadził się. Chciał żebyśmy od razu zamieszkali razem, ja nie chciałam. Było świetnie, spotykaliśmy się codziennie, czułam ze pokochałam go na nowo, do tego stopnia ze chcialam być tylko z nim, odsunełam się od przyjaciół, zapomniałam o sobie, ważny był tylko on. Po trzech miesiącach w mieszkaniu które wynajmowałam ze znajomymi zwolnilo się miejsce i wtedy wprowadził się do mnie. Troche się kłociliśmy o takie przyziemne sprawy jak mycie naczyn, gotowanie. On przez 26 lat mieszkał z mamą która nie pracowała i robiła wszystko w domu, ja taka być nie chcialam, chciałam zwiazku partnerskiego w którym wszystkimi obowiązkami się dzielimy – w końcu ja tez zarabiałam na nasze zycie, też większa część dnia spedzałam w pracy. Po tygodniu powiedział mi ze jedzie na weekend do rodziców, po czym dodał ze nie wie czy jeszcze wróci, bo „nie czuje się tu sobą”. Myślalam że to jakiś sen. Następnego dnia jak wróciłam z pracy jego rzeczy już nie było, jego też. Gdy do niego zadzwoniłam powiedział że musi sobie wszystko przemyśleć, że na razie chce zostac w rodzinnym domu. To był koszmar, przez tydzien tylko płakałam, zrozumiałam że mam tylko jego, że nie wyobrażam sobie życia bez niego. Nie mogłam sobie znaleźc miejsca, wziełam dwa dni urlopu, wyjechałam na do rodzicow. Wszyscy ciagle powtarzali mi zebym dała sobie z nim spokój, ze dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi, ze skoro uciekł tak z dnia na dzień to jak mogę być pewna że to się nie powtórzy, a ja tylko się modliłam żeby wrócił.

Przyjechał po tygodniu, spakował reszte swoich rzeczy, powiedział ze znalazł nową pracę, że nie wroci mieszkać razem ze mną, ale ze nie chce się rozstawać, ze on też nie wyobraża sobie życia beze mnie tylko nie pasuje mu to miejsce, to miasto, że nie ma tu znajomych a przeciez tak lubi wychodzic gdzieś wieczorami z kumplami, dobrze się zabawic. Wtedy zaproponowałam że może poszukamy mieszkania gdzies w jego miejscowości ze ja zostawie swoją prace i się do niego przeprowadze. Powiedział ze jeszcze nie, ze wie ze moja obecna praca to dla mnie duza szansa, ze ją lubie, ze nie chce mnie tego wszystkiego pozbawiac. Ale dla mnie liczył się tylko on, mogłam zrobić dla niego wszystko wystarczyło żeby poprosił. Póki co spotykaliśmy się w weekendy, było ciezko, ale najwazniejsze ze byliśmy razem. Zaczelismy planowac przyszłość, a w zasadzie on zaczął. Mówił o tym że jak się do niego przeprowadze i znajde prace to wybudujemy dom, zaproponowal zebysmy poszli obejrzeć pierścionki, że najwyższa pora się zaręczyć. Byłam szczęsliwa że tak poważnie do tego podchodzi. Spędziliśmy wspólnie wspaniałe świeta, sylwestra, nie moglismy się sobą nacieszyc. W styczniu to się jednak zmieniło. Wciąż mieszkalismy 200 km od siebie. Przyjechał do mnie na kilka dni, przywiózł psa siostry, było świetnie, chodziliśmy na spacery, planowaliśmy że jak zamieszkamy razem to tez kupimy psa itd. Kiedy jednak pies wrócił do wlascicielki powiedział ze jakos w tym mieszkaniu teraz pusto, ze ma mętlik w głowie, ze brakuje mu „tego czegoś”, że miedzy nami już nie jest tak jak kiedyś, że chyba już nie kocha mnie tak jak kiedys i pojechał do domu. Świat zawalił mi się po raz drugi. Nie rozumiałam jak można planować zareczyny, myśleć o przyszłości a za chwile mówic takie rzeczy. Po tygodniu zadzwonił przeprosił, powiedział ze chyba się wystraszył ze to już tak na poważnie, ze mamy już takie konkretne plany itd. Znów byłam szczęśliwa – nie zostawił mnie.

W maju zwolniłam się z pracy. Nic mnie tu już nie trzymało, odsunęłam się od wszystkich znajomych. Byłam w wielkim miescie sama jak palec. Przeprowadziłam się do niego. Zamiast pierscionka kupił mi psa, takiego o jakim zawsze marzyłam. Przez trzy miesiące mieszkałam z nim i jego rodzicami. To naprawde fantastyczni ludzie, było mi tam dobrze choc czulam się bardzo skrępowana ta sytuacją, czułam ze zwaliłam im się na głowe. Nie moglam znaleźć pracy, zamknęłam się w sobie, czułam się okropnie, mialam tez do niego żal że muszę przez to wszystko przechodzic. Chodz on mnie zapewniał ze tak nie jest to jednak czułam ze mu przeszkadzam. Zdecydowałam ze musimy sobie poszukac mieszkania, ze powinnismy być sami, dotrzec się itd. Znaleźlismy. Pod koniec sierpnia mieszkalismy już u siebie, urządzalismy mieszkanie, ja przywiozłam swoje meble, kupiłam pralke na raty, wielki materac (choć nie pracowałam to miałam troche oszczędności). Przez pierwszy tydzień było ok., potem zaczął się koszmar. Ciagle o cos się kłocilismy, nie starczało nam pieniedzy, mieszkalismy razem ale jakby osobno. Codziennie płakałam, przestaliśmy ze sobą rozmawiać. W łózku było zimno. Cały dom był na mojej głowie, on chodził do pracy,a reszte dnia spedzał przed tv lub komputerem. uważał ze to wystarczy, ze nic wiecej w życiu, w zwiazku nie trzeba. Oprócz jedzenia obiadów i spania nic nie robiliśmy razem. Wtedy pierwszy raz zaczęłam naprawde żałować. Żałować wszystkich podjetych decyzji. Żałować że zostawiłam dla niego przyjaciół, pracę, zrezygnowałam z samej siebie, że rzuciłam wszystko tylko dla niego. W czwartek pierwszy raz powiedział że powinniśmy się rozstac, nie przyjmowałam tego do wiadomości, myślałam że jak się oboje postaramy to uda nam się to naprawić. W Piątek powiedział już stanowczno ze to nie ma sensu, że nie będziemy w tym szczesliwi, ze jedyne rozwiązanie to się rozstac, w sobote się spakował i wyprowadził.
Dzisiaj siedze sama w naszym mieszkaniu, bez przyjaciół, bez pracy, bez pieniedzy, za to z rachunkami, ratami za pralke i psem który ciagle za nim piszczy. Za miesiac nie będę miała gdzie mieszkac bo nie będę miała za co oplacic mieszkania wiec pewnie wroce do rodziców. Straciłam przez niego wszystko, ale najgorsze ze straciłam wiare w ludzi i w samą siebie. Dziś już nie płacze, nic nie czuje, ani miłości ani nienawiści, ani chęci do niczego.
Wiem tylko to przed czym wszyscy ostrzegali mnie na początku – nigdy nie wchodzi sie dwa razy do tej samej rzeki.
Tornado nie przyszło i nie zmiotło tego związku z powierzchni ziemi - Wasze błędy (obydwie strony je popełniły) to sprawiły. Miało być "romatisz", a okazało się, że związek to również przyziemne sprawy - rachunki do opłacenia, jedzenie do kupienia i ugotowania, depresja z powodu braku pracy, rozdrażnienie z powodu tego, że partnerka płacze i nie wiadomo o co jej chodzi. Zostawiłaś dla niego wszystko - no z takim nastawieniem do sprawy to nie mogło się udać. On nie rozumiał jak ciężko jest zostawić dom, rodzinę, znajomych - więc nie dał Ci należytego wsparcia. Ty nie umiałaś z nim normalnie, konstruktywnie porozmawiać, bez płaczów i histerii. On... Długo by wymieniać Wasze błędy. I wiesz co? Takie jest życie, mnóstwo związków rozbija się właśnie o kasę - najczęściej jej brak.

Na przyszłość: nie poświęcaj dla związku znajomych, pasji, hobby - nawet jeżeli się gdzieś przenosisz to podtrzymuj ten kontakt, pielęgnuj go; nie rzucaj pracy, jeżeli nie masz nagranej nowej; rozmawiaj o kasie konkretnie, wyliczając realne koszty utrzymania, planując szczegółowo, a nie na zasadzie "jakoś to będzie". Do pozostałych wniosków powinnaś dojść sama.

Będzie dobrze, musi być.
201803290936 jest offline Zgłoś do moderatora   Odpowiedz cytując