Wizaz.pl - Podgląd pojedynczej wiadomości - Umarła we mnie ostatnia cząstka, która chciała żyć...:(
Podgląd pojedynczej wiadomości
Stary 2011-03-23, 13:21   #26
roxyroxy
Zadomowienie
 
Avatar roxyroxy
 
Zarejestrowany: 2008-04
Wiadomości: 1 413
Dot.: Umarła we mnie ostatnia cząstka, która chciała żyć...:(

Cytat:
Napisane przez madzialena911 Pokaż wiadomość
Witam, nie wiem właściwie po co tu piszę, po prostu czuję potrzebę wygadać się a wiem że nie mam komu tego powiedzieć, więc sobie to napiszę. Może to mi pomoże... Nie musicie nawet tego czytać ani odpowiadać, nie oczekuję tego.
Wczoraj umarłam. Umarła moja chęć życia, chęć walki, chęć wstania z łóżka, chęć jedzenia, picia i innych fizjologicznych błahych czynności. Nie mówiąc już o tym że nie mam siły udawać że wszystko jest ok, nie mam siły się uśmiechnąć...
Moje życie nigdy nie było łatwe i przyjemne. Nie byłam i nie jestem o ile mogę mówić jeszcze w czasie teraźniejszym o sobie człowiekiem łatwym w egzystencji społecznej, zdaję sobie z tego sprawę.
Nie miałam przyjemnego dzieciństwa,wychowywałam się w niepełnej rodzinie, nie mam ojca, nie mam rodzeństwa...
Z biegiem czasu mama, która bardzo się starała i nadal wiem że jest jej ciężko -odrzuciła mnie. Być może nie zrobiła tego świadomie, po prostu wiem że za dużo słów zostało wypowiedzianych, prosto i otwarcie wiele razy mówiła i mówi mi do tej pory jaka jestem beznadziejna i wyzywa mnie od najgorszych.Owszem bywają dobre dni... Czasem nawet mam wrażenie że możemy się dogadać ale tych dni jest bardzo mało bo mama musi mieć wtedy dobry humor i muszę tzw tańczyć jak mi zagra. Jak wszytsko jest po jej myśli, to jest w miarę w porządku. Chociaż od małego ile bym się nie starała to zawsze będzie źle. Zawsze będe gorsza od kazdego, od dzieci jej koleżanek z pracy, od siostrzenic... od maluchów z którymi pracuje.... Jak byłam młodsza bardzo bolało mnie to, że jest dla nich taka ciepła... Mi tego brakowało. Wiem że nie jestem idealną córką, że czasem też powiem o praę słów za dużo, ale tak naprawdę uważam tzn tak obiektywnie że nie jestem wcale taka zła... Dobrze się uczyłam zawsze i nadal uczę się dobrze(dla niej jednak moje 5 zawsze były złe bo przeciez mogły być szóstki, których i tak nie brakowało)dostałam się na myślę dobre studia-prawo (dla niej dobre studia to tylko matematyka albo medycyna), nigdy nie chodziłam na jakieś imprezy, nie przyszłam pijana, naćpana itd(dla niej to oczywiste, a i tak ciągle twierdzi że na pewno coś biorę)siedziałam w domu ciągle bo miałą obsesję że nie bedę marnowac czasu na coś nie związanego z nauką, więc uczyłam się często , rzadko gdzieś wychodziłam... Ale bywały dni takie, że miała też pretenje własnie o to że nie wychodzę na imprezy , nie poznaję ludzi nowych-słowem, nie potrafiłam jej dogodzić...
Dorastałam w przeświadczeniu że do niczego się nie nadaję, żyłam z myślą, że gdyby nie ja moja matka ułozyła by sobie inaczej życie(wielokrotnie mi to wypomina)
Przyszły kolejne lata i stało się tak, że byłam molestowana. Wiedziała o tym tylko moja przyjaciółka i potem po latach przyjaciel. W rodzinie nikomu nie powiedziałam.
Mając 16 lat poznałam chłopaka, nie był może idealny ale wiem że mnie kochał i ja jego kochałam. Niestety kiedy mama się o tym dowiedziała zamknęła mnie w domu na 2 mc, zrobili naradę rodzinną i stwierdzili że nie mogę się z nim widywać, spotykałam się z nim ale wiadomo już nie tak jak bym chciała... Dwa lata temu zmarł na raka.... Zamknęli mnie w domu nie pozwolili jechać na pogrzeb.... Twierdzą do tej pory ż ena pewno umarł na aids że to jakiś menel, a nawet nie dali szansy żeby go poznać...nie chcieli... jego śmierć była dla mnie bardzo wielkim bólem... myślałam że już się nie pozbieram, dla niedoszłej osiemnastolatki nieciekawa sytuacja w domu, brak dobrego kontaktu z matką, przeszłość związana z molestowaniem to było trochę za dużo. A musiałam się skupić na maturze, która pisałam za kilka miesięcy i ta myśl mnie trzymała przy życiu wiele się uczyłam, no i miałam przyjaciół z którymi mogłam pogadać...Miałam bo zaraz potem tak się życie ułożyło że mój przyjaciel(który jest księdzem), wyjechał na misję do Afryki, a koleżanka wyszła za mąż i zamieszkała w miejscu pochodzenia swojego faceta kilkaset kilometrów ode mnie... Ma dzieci, swoje życie,dobrze jej się ukąłda, czywiście czasem rozmawiamy przez gg czy mail ale to już nie to samo...Potem zostałam zgwałcona....zamknęłam się w sobie, już prawie całkowicie nie widziałam sensu życia, byłam jak bezbronne dziecko we mgle....
I tak zostałam sama...mijały dni, tygodnie i nagle pojawił się On. nie sądziłam że coś może z tego być...Czułam jednak że jest mi przy nim dobrze, bezpiecznie. I stopniowo oboje się w sobie zakochiwaliśmy (tzn ja się zakochiwałam bo teraz to już nie wiem, co on czuł), ja potrzebowałam czasu, on szybciej twierdził że kocha mnie i żebym mu zaufała... ZAUFAŁAM. Spotykaliśmy się często na mojej uczelni, albo u niego w domu. U mnie nie ze względu na to że nie powiedziałam o tym nikomu w rodzinie, bałam się reakcji takiej jak tej około 4 lat temu...Ale obiecałam już dawno że do kwietnia powiem i jakoś b edzie, będzie bardziej normalnie.Czułam sie przy nim taka bezpieczna i spokojna... Miał w sobie to coś. Te oczy....Zaufałam mu całkowicie, opowiedziałam o wszystkich moich problemach o mojej przeszłości choć nie było mi łatwo się otworzyć i zaufać facetowi po tym co przeszłam... Twierdził że to rozumie, że mnie nie zawiedzie. Codziennie twierdził że jego życie nie ma beze mnie sensu, że kocha mnie najmocniej na świecie. Ja byłam bardziej skryta... Nie często mówiłam mu wprost co do niego czuję,ale myśle że wiedział że może na mnie liczyć, choćby przez takie prozaiczne sytuacje jak odwiedzenie kiedy był chory, czy pójście z nim do lekarza... Zawsze go wysłuchiwałam , i starałam się pocieszyć gdy miał problem. Na starcie powiedziałam mu że na TE sprawy potrzebuje czasu, zgodził się oczywiście , twierdził też że, wie jaki mam charakter i że nie zrezygnuje nigdy. Pół zartem pół serio zaczynał napominać coś o oświadczynach,powiedział swoim rodzicom że ma dziewczynę, często mówił że chciałby ze mną kiedyś założyć rodzinę.... był dla mnie oparciem, to muszę przyznać, może nawet nie doceniałam jak wielkim... Do czasu... Do czasu gdy nie poszłam do lekarza i do czasu gdy nie istniało podejrzenie że jestem zarażona wirusem HIV. całe życie stanęło mi przed oczami. Stwierdziłam wtedy ze spotkam się z nim jak już będę wiedziała co mi jest, i że dobrze nam zrobi gdy od siebie odpoczniemy,nie powiedziałam o co chodzi bo niby jak miałam to zrobić... zgodził się niechętnie....Wynik był pozytywny, więc został powtórzony dla pewności a na drugi wynik trzeba było czekać. Tak naprawdę bardzo mi go wtedy brakowało, doceniłam prawdziwie to co miałam i choć nie wierzyłam już w szansę od losu obiecałam sobie że będzie inaczej...lepiej...Drżała m ze strachu odliczając dni do wyniku testu....Dwukrotnie zemdlałam w autobusie...ciężko się mi było skupić na nauce której mam naprawdę dużo.byłam zupełnie sama czasem tylko wyszłam na jakąś imprezę studencką ot tak -żeby nie myśleć. On uszanował moją wole i nie szukał za bardzo kontaktu... a szkoda bo w głębi duszy bardzo na to czekałam....jednak sobie umilałam jego nieobecność, codziennie oglądając jego zdjęcia jakie miałam na komputerze, i tel i czytając nasze rozmowy...Napisał tylko raz, że jest sam a ja milczę i że chyba mi nie zalezy -zdementowałam tę opinię.Stwierdził wtedy ,że poszedł na randkę z jakąs dziewczyną,a le że cały czas myślał o mnie i że mnie kocha bardzo i że jak już pozałatwiam swoje sprawy tzn za 2 tyg to żebyśmy sie wreszcie spotkali, bo teskni za mną. Było mi smutno, że ot tak poszedł z inną dziewczyn,ą ale zrozumiałam, starałam się zrozumieć i cieszyłam się że mnie kocha.Dwa tygodnie mija w następną niedzielę. Niestety już nie będzie spotkania... Wczoraj rano dostałam wyniku testu-jest negatywny. Bardzo się ucieszyłam, z radości pogadałam z mamą , przygotowałam tzw grunt i miał przyjść w przyszłą niedzielę na obiad.... kupiłam mu też prezent, bo niedługo ma urodziny i przyszłam do domu z zamiarem że pogadam sobie dziś z nim, że wejdę na gg i umówimy się na spotkanie. byłam wtedy taka szczęśliwa.... niestety czekała już na mnie wiadomość od niego... ze już nie ma sensu się widywać, że spotyka się z inną, i że życzy mi szczęścia, telepnęło mną. nie wiedziałam czy i co mam odpisać. Zerwał ze mną przez gg nawet nie miał mi ani chęci ani odwagi ani czasu powiedzieć mi tego osobiście prosto w oczy...PAdł oczywiście tekst -zostańmy przyjaciółmi a ja głupia nie wiem p co mu wtedy napisałam że go kocham i wyjaśniłam, dlaczego się nie spotykalismy te 3tygodnie...myślałam ze to cos zmieni... Nie zmieniło.... powiedział tylko że szkoda że mu wczesniej nie powiedziałam ze z nią jest mu dobrze chociaż wcale jej nie kocha i nie twierdzi że się zakochał ,ze dla niego też to nie jest łatwe....Poczułam się wtedy tak jakbym żebrała o jego miłość.Wszystko we mnie umarło, nie chcę już się nawet budzić, dotarło do mnie że moje życie miało sens wyłącznie ze względu na niego... Patrzę teraz na jego fotografię, na serce i 150origami które zrobił dla mnie na walentynki... Słucham płyty którą dostałam od niego...widzę smsy które do mnie przesyłał przez te pół roku ostatnie z zyczeniami i zapewnieniami o miłości w dzień kobiet czyli w sumie 2 tygodnie temu.... słyszę w radiu piosenki które słuchaliśmy często u niego w domu.... Wszystko mi jego przypomina, przepłakałam całą noc oczywiśie w poduszkę, żeby nikt nie słyszął...i nadal płaczę... klawiatura rozmazuje mi się przed oczami...I zdałam sobie sprawę że jestem beznadziejna... czuję się jak śmieć którego można rozdeptać przechodząc chodnikiem, zdałam sobie sprawę że moja rodzina ma rację, że on i tak by mnie zostawił bo nic we mnie nie ma... nie ma we mnie nic godnego uwagi...Moje poczucie własnej wartości i tak zawsze niskie spadło do -10000. Zadaję sobie pytanie, dlaczego ja tak naprawdę żyję, ile jeszcze muszę znieść żeby się to skończyło....Dzisiaj mam ważne kolokwium... A ja nie wiem już nawet jak się nazywam, słońce wlaśnie zaświeciło ale dla mnie... zaszło...wczoraj....chyba na zawsze...
ja stane w obronie faceta,. powiedzialas mu ,ze nie chcesz sie z nim przez jakis czas widywac, ot tak bez powodu, nie oddzywalas sie do niego. nic dziwnego,ze sobie pomyslal ,ze masz go gdzies

a w Twoje tlumaczenia to on chyba jednak nie uwierzyl

Ten Twoj byl yw koncu umarl na raka czy Aids? To od niego sie 'prawie'zarazilas?

Ciezko mi uwierzyc w te Twoja historie szczerze mowiac. Ciezkie dziecinstwo, smierc chlopaka, molestowanie, gwalt i prowdopodobienstwo zarazenia sie Hiv. A Ty sie martwisz tym,ze facet Cie olal???? Naprawde ciezko mi w to uwierzyc

a jesli to prawda, to do psycholga biegiem bo my ci raczej nie pomozemy

Edytowane przez roxyroxy
Czas edycji: 2011-03-23 o 13:47
roxyroxy jest offline Zgłoś do moderatora   Odpowiedz cytując