Mam poważny problem z moją dziewczyną. Z tego co słyszałem tutaj jest największe zbiorowisko kobiet, a kobiecy punkt widzenia bardzo by mi się teraz przydał
Przechodząc do rzeczy.....mam 29 lat, moja partnerka 27, jesteśmy razem od liceum (w tym roku będziemy mieć 10 rocznicę).
Problem dotyczy kwestii posiadania dzieci. Ona na początku związku była zachwycona dzieciakami, często w jakichś rozmowach na temat planów na przyszłość wspominała o tym, że chciałaby mieć co najmniej 2 dzieci, a najlepiej 3. Wiadomo, wtedy byliśmy bardzo młodzi, więc dzieci nie wchodziły w grę, ale cieszyło mnie jej podejście, bo jestem z wielodzietnej rodziny i sam chciałbym też mieć więcej niż jedno dziecko
Później poszliśmy na studia, ona studiowała w innym mieście, ale widywaliśmy się co weekend. Jej zdanie co do posiadania dzieci się zmieniło o 180 stopni, zdecydowanie działały jej maluchy na nerwy, niezbyt chętnie przyjeżdżała na święta do mnie, gdy wiedziała, że mają być moi bracia i siostra ze swoimi brzdącami. Uznałem, że i tak póki co nawet razem nie mieszkamy więc nie ma co się przejmować jej zdaniem i poczekać, co życie przyniesie.
Z czasem jej podejście znowu się zmieniło, myślę, że taki przełom nastąpił gdy skończyła 24 lata, bo wówczas jej młodsza siostra (22 lata) urodziła swoje pierwsze dziecko. Moja partnerka zakochała się w swojej siostrzenicy, jest nią zachwycona i co raz częściej po jej urodzeniu wspominała, że też by chciała córeczkę. Nawet imiona już powybierała

gdy pytałem, co stoi na przeszkodzie odpowiadała, że przecież razem nie mieszkamy, że ona nie ma pracy, że nauka itd.
No i koniec historii- zamieszkaliśmy razem (ona miała wówczas 25 lat, ja 27), na początku byl dramat, nie mogliśmy do siebie dotrzeć, przeszliśmy przez poważny kryzys, już nawet mnie spakowała, ale udało się jakoś z tego wszystkiego wyjść. Znowu pojawiły się rozmowy o dziecku, w końcu razem zamieszkaliśmy i warto było temat obgadać. Mówiła, że chce, że widzi we mnie ojca jej dzieci, że by chciała mieć 2, najlepiej chłopca i dziewczynkę. W ramach zagłuszania instynktu macierzyńskiego przygarnęła psa

tak przynajmniej się śmiała.
Mieszkamy ze sobą już 2 lata, 3 miesiące temu się jej oświadczyłem no i zacząłem rozmowy o dziecku. Ona mi oznajmiła, że sama nie wie, że chce dziecko mieć, ale jeszcze nie teraz, że sie czuje za młoda, że boi się porodu i tego, czy będzie dobrą matką, że chyba by wolała wpaść niż sobie planować, bo to ją przerasta. Nie naciskałem i dalej nie naciskam, zasugerowałem jedynie, że może warto w takim razie przestać się zabezpieczać i zobaczymy co z tego wyjdzie

ona stwierdziła, że nie, że to wykluczone, że mamy jeszcze poczekać, że chciałaby najpierw mieć lepszą pracę (nic nie robi w kierunku zdobycia lepszej), że.....nie wie czy pies polubi niemowlaka, a co jeśli dziecko będzie mieć na niego uczulenie.....
Mam mętlik, bo z jednej strony mówi, że chce dziecka, zastanawia sie czy byłaby dobrą mamą, gdzie byśmy jeździli na wakacje z naszymi dziećmi, a z drugiej oświadcza, że jeszcze nie teraz. Czas leci....
Mam dobrze płatną pracę (5 tyś na rękę + co kilka miesięcy wpadają solidne premie/nagrody), mieszkanie póki co wynajmujemy, ale odkładamy pieniądze na zakup. Mam samochód, jeździmy sobie dwa razy w roku na wakacje (letnie, zimowe). Ona również pracuje, ale na typowej śmieciówce, dostaje 1300-1500 zł na rękę, czyli razem średnio mamy miesięcznie 6,5 tyś. Na DWIE osoby. Moim zdaniem stać nas na dziecko.
Wytłumaczcie mi, czy jest w ogóle szansa, że ona rzeczywiście będzie chciała mieć dziecko?
Mały EDIT: za 4 miesiące bierzemy ślub
