Nie wracam do domu na Święta = wściekła rodzina
Mieszkam za granicą od 1.5 roku, ostatni raz z rodziną widziałam się w lipcu przez kilka dni, a wcześniej rok temu w Święta przez tydzień.
Od początku mówiłam im, że w tym roku raczej nie przyjadę, bo raczej nie dostanę urlopu - niestety w mojej branży pracuje się we wszystkie dni świąteczne i tym podobne. Od ok. półtora tygodnia wiem, że jednak będę wtedy wolna, bo znalazłam nową pracę, którą zaczynam po Świętach (nadal ta sama branża), a obecną kończę przed nimi, co daje mi ok. tydzień odpoczynku w tym okresie. Mimo to postanowiłam, że zamiast wracać do kraju, spędzę ten czas z chłopakiem (jego rodzina to już w ogóle mieszka na innym kontynencie i nie widują się co roku, więc nie chciałam zostawiać go samego) i porządnie odpoczywając. Do tego szczerze mówiąc niestety nie czuję sie jakoś silnie związana z rodziną - nie wspominam dobrze swojego dzieciństwa, poza tym mama ma tendencję do układania mi życia wg swoich pomysłów i jechania mi po samoocenie, a tata to taki nieobecny emocjonalnie rodzic, z którym od zawsze zamieniałam max. po 5 słów dziennie.
Niestety popełniłam błąd, przyznając się mamie, że jednak mam to wolne, ale nie przyjeżdżam. Nasłuchałam się, że co ja sobie wyobrażam, że każdy normalny człowiek spędza Święta z rodziną, że wymyślam, co zrobię bez rodziny, i tak dalej. Mimo moich zapewnień, że postaram się przyjechać po Świętach (3 dni wolne w tygodniu, ktore będę miałą w nowej pracy zamiast 2 realnie mi to ułatwiają), nie dało się zatrzymać tej lawiny pretensji i w koncu się rozłączyłam. Żeby być sprawiedliwą dodam, że mnie też puściły nerwy podczas tej rozmowy. Potem dostalam jeszcze tylko wiadomości, w których zostałam nazwana potworem i dowiedziałam się, że "gdyby znała przyszłość, to nigdy by mi nie pozwoliła na ten wyjazd za granicę"(jakie "pozwoliła"? nie mam 10 lat, tylko kilka po 20-tce i nie jestem od niej w żaden sposób zależna), plus granie na emocjach. Odpowiadałam jakoś zdawkowo i pozegnałam się. Od tamtej pory (2 dni) zero odzewu z jej strony, mimo że wcześniej pisała do mnie codziennie i po kilka razy na dzień musiałam się meldować, czy żyję / czy wróciłam z pracy (wspomniana wyżej kontrola), i tak codziennie przez 1.5 roku... Dodam, że jestem jedynaczką. Jestem raczej chłodna i nie potrzebuję aż tyle kontaktu.
Czy taka reakcja jest normalna? Kurczę, następny urlop będę miała nie wiadomo kiedy, naprawdę wolę go spędzić tak, jak chcę i z kim chcę, a nie w atmosferze hipokryzji (normalnie na co dzień królują raczej awantury). Mimo to mam wyrzuty sumienia, czy słusznie?A może nie potrafię odciąć emocjonalnej pępowiny mimo odległości - chyba na pewno, bo po tej rozmowie płakałam i nie mogłam się uspokoić. Chyba nie tak powinna wyglądać relacja z najbliższym członkiem rodziny, ale nie jestem pewna, kto tu zawalił bardziej i w którym momencie.
Jak to wygląda u was i czy zawsze wracacie na Święta/wracałyście, kiedy nie miałyście jeszcze własnej rodziny?
|