W sumie to nawet z najmniejszej rzeczy. Najbardziej z tego że słońce świeci

- chyba jestem meteopatą

. Szkoła życia, poza tym okazało się, że jestem podatna na autosugestie

- wmawiam sobie pewne rzeczy, aż w nie uwierzę.
Ogólnie rzecz biorąc byłam optymistką (teraz też jestem, tylko na razie z przestojem), ale z częstszymi napadami dołków. Wyzbyłam się kompleksów na zasadzie - jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Teraz na razie jest ok. Przez ostatnie wydarzenia w moim życiu lepiej wychodzi mi praca nad sobą. Doszłam do wniosku, że szkoda życia na nerwy, zamartwiania się, użalania nad sobą, że nie warto skupiać uwagi na czymś, czego się nie lubi, a nie da się zmienić. Już nie zamartwiam się tym, że nie mam czegoś co dotyczy mojego życia, tylko sobie mówię - będzie to będzie, a nie to trudno.
A co do tego czasu na czekanie - wiem, że to może zabrzmieć jak zaprzeczenie tego, co napisałam wyżej, ale nie odbieraj tak tego. Dla samej mnie po prostu nie chce MISIĘ

. Nie chcę znów nauczyć się pokładać nadziei na coś, co może się nie spełni.