Statystyki: + Dodaj produkt + Dodaj Look

Aktywność

Ten użytkownik nie dodał jeszcze żadnej recenzji ani produktu do katalogu.

Najnowsze recenzje

Zobacz wszystkie
tiruru

Dodanych produktów: 2

Napisanych recenzji: 12

4 / 5

Dobry do stosowania od czasu do czasu

Na początku zachwycałam się szamponem. Obietnice producenta spełnione, szampon na prawdę dodaje objętości. Jest też bardzo wydajny. Zapach szamponu 10/10, bardzo mi się podoba, lubię go wąchać :) Generalnie szampon na prawdę działa, ale według mnie nie powinien być ciągle stosowany, tylko wymiennie z innymi szamponami. Moje włosy się do niego szybko przyzwyczaiły i dość szybko zaczęły się przetłuszczać - nad czym bardzo ubolewam. Generalnie: 4/5

Przejdź do recenzji
blackbird_007

Dodanych produktów: 12

Napisanych recenzji: 65

1 / 5

Jedną z niewielu zalet jest to, że pachnie jednymi z moich ulubionych cukierków

Balsamy do ust to jedna z kategorii obowiązkowych w moich pielęgnacyjnych zbiorach. Moje usta są delikatne, bez właściwej pielęgnacji pękają - są bardzo podatne na przesuszenia, szczególnie teraz, w okresie, który charakteryzują niskie temperatury i wiatr na zewnątrz, a ciepło wewnątrz. Ponadto lubię matowe zasychające pomadki, które - ze względu na swoją formułę - z jednej strony wysuszają usta, a z drugiej, by ładnie się prezentować, wymagają gładkich ust bez suchych skórek i pęknięć. Produkty tego typu nakładam więc często; rutynowo przed położeniem się spać, ale też często w ciągu dnia, szczególnie jesienią i zimą. I choć mam w tej kategorii swojego ulubieńca, z chęcią testuję nowe dla mnie produkty. Ten balsam trafił do mnie podczas szybkich zakupów w drogerii - wybrałam go dlatego, że nie było mojego ulubieńca, a potrzebowałam jakiegokolwiek produktu nawilżającego do ust. Chociaż do marki Bielenda mam dość ambiwalentne odczucia, do sięgnięcia właśnie po ten zachęciło mnie błękitne opakowanie i fakt, że bardzo lubię zapach kokosa w pielęgnacji. Nie miałam jednak jakichś szczególnych oczekiwań od tego balsamu; liczyłam jednak, że zastąpi na jakiś czas mojego ulubieńca i zawiera jeszcze inne składniki poza mleczkiem kokosowym (które nie jest humekantem, więc nie ma możliwości dostarczenia skórze nawilżenia; tworzy tylko warstwę okluzyjną). Opakowanie kosmetyku to tekturka z plastikową przegródką, w której umieszczona jest tubka z balsamem. Zarówno tekturka, jak i balsam mają identyczny design - to brązowe kokosy z zielonymi liśćmi palmy na błękitnym tle, mającym z pewnością imitować bezchmurne niebo. Na tym tle wyróżnia się biała plansza z rysunkiem kokosa i z nazwą produktu oraz serii. Całość kojarzy się wakacyjnie i odświeżająco, chociaż te motywy w opakowaniach są już charakterystyczne dla większości produktów z kokosem. Sama tubka z balsamem jest wykonana ze srebrnego plastiku - grafika i informacje o produkcie znajdują się na etykiecie (która już zaczyna mi się powoli odklejać), na której oprócz wyżej opisanej grafiki znajdziemy białe pole ze zdjęciem kokosa i nazwą produktu oraz serii, niezbyt widoczne logo marki oraz informacja o certyfikacie Viva. Na drugiej stronie opakowania znajdziemy więcej informacji oraz skład produktu. Po odkręceniu jasnoniebieskiego korka docieramy w końcu do spłaszczonego aplikatora z dziurką na dozowanie produktu - w zamierzeniu producenta balsam należy aplikować bezpośrednio aplikatorem na usta. Nie jest to zbytnio higieniczne rozwiązanie, szczególnie że aplikator jest szeroki i nieco jakby wyprofilowany. Jest to pierwszy minus tego produktu - już o wiele bardziej higienicznym rozwiązaniem jest grzebanie palcem umytej dłoni w słoiczku. Co więcej, konsystencja balsamu jest dość twarda, co sprawia, że aplikacja bezpośrednio na usta jest jeszcze mniej praktyczna. Skład jest dość długi. Z dwunastu miejsc licząc do początku na jedenastu z nich znajdziemy różnego rodzaju roślinne olejki (z pestek) masła oraz woski - masło shea, olej z orzechów babassu, olej z rącznika pospolitego, masło karite oraz wosk Candelilia. Sporo tego wszystkiego, ale przynajmniej większość ma właściwości raczej natłuszczające, niż głęboko nawilżające. Pod koniec składu znajdziemy również mikę, sporo konserwantów oraz składniki zapachowe. Jak widać - nie ma tu nic kokosowego w składzie, oprócz właśnie zapachu. Ten jest bardzo syntetyczny jak na kosmetyk, bardzo słodki, niezwykle podobny do moich ulubionych cukierków kokosowych w niebieskich opakowaniach (na samą myśl cieknie mi ślinka), ale też bardzo intensywny, o wiele bardziej niż w cukierkach- jest wyczuwalny cały czas podczas noszenia balsamu na ustach, po jakimś czasie zwykle zaczyna mnie już denerwować i mam ochotę zmyć produkt. Smak produktu również jest słodki, bardzo podobny do tych cukierków, ale ja wolę nie jeść, ani zlizywać kosmetyków z ust. A konsystencja zachęca mnie do zmycia albo zlizania. Jest bardzo tłusta; nasmarowane nim usta świecą, a ja czuję, jakbym właśnie posmarowała sobie usta olejem. Zdaję sobie sprawę, że istnieją fani takiej warstwy na ustach, jednak ja do nich się nie zaliczam - aż taka wyczuwalna, intensywnie pachnąca warstwa irytuje mnie i mam ochotę pozbyć się jej od razu po aplikacji. O ile jeszcze to sprawdza się podczas - na przykład - spaceru, podczas którego produkt ochrania usta swoją warstwą od zimnego wiatru chłostającego po twarzy, to w domu, przed komputerem chociażby, staje się to trudne do wytrzymania i złości mnie bardzo, dopóki nie zmyję. Konsystencja sprawia, że kosmetyk jest dość trudny do wydobycia z opakowania. Masło shea w temperaturze pokojowej ma stałą formę, przez co muszę nieźle dociskać opakowanie, by coś z niego wycisnąć. Chociaż z tego powodu opakowanie jest niezbyt przemyślane - jednak bardziej sprawdziłby się tutaj słoiczek, a nie tubka. Efektów po używaniu kosmetyku brak - zarówno tych doraźnych, jak i bardziej długofalowych. Jak pisałam wyżej: owszem, tworzy warstwę ochronną, ale nie nawilża głęboko ust, nie zapobiega powstawaniu suchych skórek czy nie łagodzi chociaż trochę spękanych, bolesnych ust. Po zmyciu tłustej warstwy jest tak, jak było wcześniej, jakbym nic tam nie nakładała. Nawet kiedy próbowałam pozostawić do wchłonięcia (a wchłaniało się długo), usta nie były nawilżone czy nawet delikatnie wygładzone w jakikolwiek sposób, nie mówiąc o przygotowaniu pod użycie matowej, zastygającej pomadki. To działo się nawet wtedy, kiedy moje usta są obiektywnie w bardzo dobrym stanie. Gdyby było inaczej, wytrzymałabym nawet z tym denerwującym uczuciem na ustach, ale uważam, że w takim razie nie ma najmniejszego sensu w męczeniu się z tym produktem dłużej. Z trudem sięgam po ten balsam i robię to tylko dlatego, by go skończyć - 10 g to całkiem sporo jak na balsam do ust, a produkt jest wydajny. Saram się to robić w ciągu dnia, bo wtedy przynajmniej szybciej się ust bardzo szybko, a przez chwilę pozachywcam się zapachem cukierków (i pomyślę, że w sumie mam ochotę na ich zakup). Obecnie, kiedy zaczęła się już jesień, myślę, że będę nosić go w torebce, żeby w razie posmarować sobie nim usta jako ochronę przed zimnem i wiatrem. Na szczęście, w tym czasie uzupełniłam sobie zapas mojego ulubionego balsamu.

Przejdź do recenzji