Tego tuszu do rzęs używam od kilkunastu lat. Perfekcyjnie rozdziela włoski i trzyma się calutki dzień
Ten tusz do rzęs to mój absolutny numer 1 i stały bywalec w mojej kosmetyczce. Używam go już bardzo, bardzo długo i choć zdarza mi się przetestować inną maskarę, zawsze potulnie wracam do tej jednej. Odpowiada mi pod każdym jednym względem – i nie tylko mi, bo już dawno zasłużyła na miano kultowej. Chcesz wiedzieć, co to za gwiazda?

Dobrze, mogę już zdradzić, że chodzi o Maybelline Lash Sensational. Nawet jeśli sama nigdy go nie stosowałaś, to założę się, że doskonale wiesz, o który tusz chodzi. Doczekał się kilku wersji i choć lubię każdą z nich, to zdecydowanie najczęściej sięgam po Intense Black. To właśnie tę maskarę rozłożę na czynniki pierwsze i pokażę, jak wygląda na moich rzęsach.
Wszystko zaczyna się od... szczoteczki
Tusz zamknięty jest w charakterystycznym „pękatym” opakowaniu, wyposażonym w silikonową szczoteczkę wygiętą w łuk, którą absolutnie pokochałam. Przyznam, że nie mam wprawy w posługiwaniu się szczoteczkami prostymi. Wymagają ode mnie bardzo intensywnego manewrowania, które zwykle i tak kończy się tym, że część rzęs pomijam, część podkreślam za mocno, więc efektów można się domyślić.
Z „łukowatą” szczoteczką tuszu Maybelline zupełnie nie mam tego problemu. Nie dość, że ma idealny kształt, to w dodatku budujące ją wypustki są różnej długości. Z łatwością docieram więc do każdej jednej rzęsy, również tych kłopotliwych, znajdujących się w pobliżu wewnętrznych kącików oczu.

Jaki efekt daje tusz Maybelline?
W przypadku tuszu do rzęs oczywiście najbardziej liczy się efekt, a ten uzyskany dzięki Maybelline Lash Sensational jest dokładnie taki, jakiego oczekuję. Rzęsy są przyciemnione, pięknie wydłużone, pogrubione i podkręcone. Co dla mnie bardzo ważne, wspomniana i wychwalana przeze mnie szczoteczka doskonale rozdziela włoski, nie skleja je w „pajęcze nóżki” i nie pozostawia żadnych grudek.

16-godzinna trwałość tuszu
Tusz od Maybelline jest nie do zdarcia – i piszę to z pełnym przekonaniem. Nakładam go podczas porannego makijażu, a więc około godziny 6.00. W ciągu dnia nieraz wystawiany jest na ciężkie próby: zimą – mróz, śnieg, wiatr i łzawiące pod jego wpływem oczy, latem – upały i spływający pot. Tusz, choć nie ma wodoodpornej formuły, trwa w niezmienionym stanie do samego wieczora, a dokładnie do demakijażu, który wykonuję około godziny 22.00. Nie ma potrzeby robienia poprawek w ciągu dnia ani zamartwiania się, czy tusz się nie rozmazał, bo o żadnym rozmazywaniu nie ma mowy – podobnie jak o kruszeniu się, osypywaniu czy odbijaniu na powiece. Maskarę można więc nałożyć rano i przez kolejne kilkanaście godzin nie zawracać sobie głowy makijażem rzęs.
Do samego końca!
Na plus jest również wydajność tuszu i to, jak „zachowuje się” w czasie użytkowania. W przypadku innych maskar zdarzało mi się wyrzucać opakowanie, mimo że teoretycznie produkt jeszcze się nie skończył. Powód? Zasychanie, które skutecznie uniemożliwiało dalsze stosowanie. Tusz Maybelline zużywam do samego końca i opakowanie ląduje w koszu dopiero wtedy, gdy dotrę do samego dna. Przez cały ten czas zachowuje swoje właściwości i nie zmienia konsystencji.
Czy łatwo się zmywa?
Choć tusz Maybelline jest bardzo trwały, to nie ma żadnych problemów ze zmyciem go podczas demakijażu. Nie muszę trzeć powiek. Wystarczy dwufazowy płyn i nasączony nim wacik (a dokładniej – w sumie trzy waciki), który na chwilę przykładam, żeby „rozpuścić” maskarę.
Maybelline Lash Sensational to tusz, który już na dobre rozgościł się w mojej kosmetyczce i nic nie wskazuje na to, żeby miało się to zmienić. Nie mam do niego żadnych zastrzeżeń, dlatego z ręką na sercu mogę polecić, jeśli szukasz naprawdę solidnej maskary.


