klub recenzentki wizaz klub recenzentki wizaz Wejdź
Styl życia

6 sytuacji, gdy psychoterapia staje się ratunkiem

- Byłam dzisiaj u dermatologa. Drogo, jak czort. Sto czterdzieści złotych za wizytę. No ale trzeba. Cera musi wyglądać! To moja wizytówka! – opowiada koleżanka. Za aparat na zębach płaci sto pięćdziesiąt złotych miesięcznie. U dietetyczki zostawiła tyle samo. To się nazywa inwestycja w siebie. Patrzę na nią i myślę: „Cholera. Wszystko opłaciła, a najważniejsze leży odłogiem. Ona sama.”. Dlaczego wizyta u psychologa i terapia wydaje jej się czymś… nie do pomyślenia? I kiedy przychodzi moment, że jednak… trzeba zadziałać?
Agata Olejniczak
listopad 08, 2016

Gdy nienawidzisz siebie lub po prostu nie lubisz…

Ona nienawidzi siebie. Moja znajoma, słodka dziewczyna, iskiereczka. Wszędzie jej pełno. Uśmiech rozdaje, jak ciepły chleb. Charakterek też ma i pazur. Do tańca i różańca. Wszystko cudownie, ale pod warstwą uśmiechu, pod wytuszowanymi rzęsami, zataiła wiele prawd. Dusi się sama ze sobą. Nie umie być szczęśliwa. Zawsze źle wybiera. Panicznie boi się samotności. Woli zadawać ból samej sobie niż przyznać, że lepiej byłoby wszystko rzucić w cholerę. Jej małżeństwo to wielka pomyłka, ale… Ale będzie w nim tkwiła, ile starczy sił.

- Idź do psychologa – mówię. Jestem bezsilna.

- Już byłam. Guzik dało.

Nie no, jasne. Poszła trzy razy, efektów brak. Może to nie była ta osoba? Przecież dobrego internisty lub kardiologa szukamy do skutku, prawda? A psychologa tylko raz?

Gdy nie czujesz sensu. W niczym.

Każdy ranek to szara masa. Poniedziałek jest traumą. Niedziela bezdenną rozpaczą. Gdy każde nowe wyzwanie, każda osoba, każda emocja, wydają się bez sensu. Gdy pytasz siebie – „Dokąd mnie to wszystko prowadzi? A odpowiedzią jest: „Do usranej śmierci”. To jest ta chwila, kiedy trzeba się zastanowić, czy pomoc z zewnątrz nie jest konieczna.

Gdy samotność zaczyna wżerać się w mózg, jak szaleństwo.

Zaraz oszaleję. Ja sama. To jest nie do zniesienia. Samotność. Dłużej tak nie pociągnę. Bez drugiej połowy, bez faceta, bez sensu życia. Dlaczego nie umiem spokojnie czekać? Czemu nie jestem samowystarczalna? A skąd mam wiedzieć? Nikt mnie nie chce i ja siebie też nie chcę. Zawsze będę sama, zmuszona patrzeć, jak wszyscy wokół zakładają rodziny, biorą razem kredyty, rodzą dzieci.

A może lepiej pogadam o tym stanie, chorobliwym, pochłaniającym, mrocznym, z kimś, kto mnie nie oceni? Kto pomoże ukoić ból?

Gdy kochasz tak szaleńczo, że zaraz kogoś udusisz

- Nie mogę bez niego żyć – słyszę od kumpeli. – Jak on jest blisko, muszę przy nim być. Zawsze. Sama nie wyjdę nawet na siłownię. Z nikim się nie umówię. Teraz wyjechał, więc zabijam czas, ale tak bardzo go kocham. Tylko jak jestem z nim, czuję się spełniona. Rozumiesz?

Rozumiem, na ile mogę, ale… chyba tego nie ogarniam. Wiem za to, że psycholog pojmie w mig, czemu kochasz tak rozpaczliwie i zaborczo. To chyba nie jest złe, ale czemu boisz się sama siebie?

Gdy pracujesz w miejscu, które przypomina epicentrum piekła.

Już w niedzielę od dwunastej lata do kibla ze stresu. W poniedziałek rano z ledwością dojeżdża do pracy. Tam jest gorzej niż w piekle, a osiem godzin jest przedsionkiem wieczności. Niech ją ktoś zabije, niech się rozchoruje, niech ktoś podpali to miejsce… Dlaczego ciągle tam siedzi? Czemu nie zawalczy o swoje? Czemu nie zajmie się sobą, nie skoczy? „Zostanę bez pracy. Nie znajdę nowej! Kto mnie zechce? Zawsze tak będzie”.

Mijają dwa lata. Nie podejmie decyzji. Umiera dzień po dniu.

Gdy… gdy wszystko jest nie tak, nie pasuje do siebie i nie wiesz o co chodzi…

Ta nienawidzi swojego ciała. Tamta nie ogarnia swojej matki. Kolejna nie umie się dogadać z facetem, z żadnym. Ostatnia pozwala się upodlać. Pod dywanem piętrzą się pozamiatane sprawy, a w głowie pływają myśli, jak śnięte ryby. Jak się za to nie weźmiesz, nigdy nie poczujesz szczęścia. To trochę tak, jakby samemu całować dementora.

Właśnie dlatego psychoterapia nie jest ostatecznością. To początek. Zapobieganie. Zwykła pomoc. Inwestowanie w siebie. To rozmowa, kontakt i najcudowniejszy pomost do odnalezienia spokoju.

To po prostu droga na skróty.

Sprawdź także:  5 rzeczy, których nie warto zostawiać na "potem"

Lubisz pisać? Chcesz podzielić się swoją wiedzą kosmetyczną/fryzjerską, a może tą z zakresu dietetyki lub innej dziedziny z szeroko pojętego lifestyle’u? Możesz tworzyć treści na Wizaz.pl i dzięki temu promować swój blog czy inną działalność. Sprawdź materiały, które opublikowali już nasi Autorzy. Jeśli chcesz do nich dołączyć, skontaktuj się z nami na wspolpraca@wizaz.pl.

Komentarze
Styl życia 5 rzeczy, których nie warto... zostawiać "na potem"
Im dłużej smakuję życie, tym bardziej mam ochotę na szaleństwo. Nie, nie wielkie podróże, przygodny seks, rzucanie pracy czy dziką adrenalinę. Chodzi o nie zostawianie „na potem”. Im dłużej obracam się w świecie pełnym ludzi i zdarzeń, tym bardziej widzę, że "potem" może się nie zdarzyć. Czego więc nie zostawiam na „kiedyś”?
Agata Olejniczak
październik 20, 2016

#1 Rozmowa. Komunikacja O matko, jak długo musiałam się tego uczyć. I ile razy patrzę na to, jak komunikacja kuleje, jak nie dajemy jej szansy! Asia ma sporo do zarzucenia swojemu facetowi, ale mu nie powie o tym. Bo on się obrazi, bo zrani jego uczucia. Na Ewę szefowa wrzeszczy do drugi dzień, ale Ewa nie odezwie się nawet słowem. Po co zwracać uwagę, nic się nie wydarzy... Ankę drażni ostatnio kumpela. Nie podoba jej się to, jak się zachowuje, ale przecież jej o tym nie powie. Za to wszyscy dookoła się dowiedzą, jak kumpela się zmieniła i jak oddalają się od siebie. Milczenie przestaje być dla mnie złotem, gdy brak słów oznacza ukryte emocje, niezaznaczone pragnienia, ciche cierpienie. Powiedz mu, co chcesz zmienić. Powiedz jej, co ci się nie podoba. Już się nie boję mówić, trudnych rozmów nie zostawiam na kiedyś, które nie nadchodzi, bo lęk wypiera je wciąż do przodu. Mówię. Wyraźnie, spokojnie, do drugiego człowieka. Mówię i słucham. #2 Czas dla mnie, czas dla nas Obecnie nie ma dla mnie cenniejszych chwil niż te, które spędzam z ukochanymi osobami. Nie zostawiam na potem spotkań z bliskimi, przyjaciółmi, nie przedkładam ponad nich pracy, za wyjątkiem wydarzeń, które mnie do tego zmuszają. Choć klawiatura komputera wzywa, a kolejne zlecenie prosi się o realizację, częściej wybieram spacer, kawę, wspólne kino. Nie odkładam miłych chwil, nie tłumaczę sobie, że zawsze jest coś do zrobienia, bo nie jest. Medal ma dwie strony. Czasem wygrywają inne sprawy. Czasem dzień jest nie dla mnie, ale dla pracy. Ale nie zmienia to faktu, że choć chwilę można wytargać. Dla siebie i dla drugiej osoby. #3 Celebracja Ooo, to ważny punkt. Kiedyś świętowanie kojarzyło mi się z czymś, co ma znaczenie i co jest wielkie. Wydawało się, że celebracja zwyczajnych chwil i braków okazji, odbierze świętowaniu egzaltację, wyjątkowość, patos. Wyszło więc na...

Przeczytaj
Styl życia PasteLOVE! 5 pomysłów na pastele we wnętrzach
Są nienachalne, delikatne i do tego jeszcze wzbudzają same pozytywne uczucia. Pastelowe kolory, bo o nich mowa, od dawna odnajdują się we wnętrzach. Nadają się zarówno do sypialni, salonu,a nawet kuchni czy łazienki. Nie musisz urządzać wszystkich swoich pomieszczeń na pastelowo, tym bardziej jeśli nie masz jeszcze do tych kolorów przekonania. Najpierw pomyśl o kilku pastelowych akcentach we wnętrzach. Podrzucamy 5 atrakcyjnych pomysłów – może któryś z nich cię przekona?
Agata Olejniczak
październik 29, 2016

Kwiaty zawsze na tak! Kwiaty to jednocześnie najbardziej wykwintny i najłatwiej dostępny dodatek. Wystarczy postarać się o oryginalny flakon w pastelowym kolorze, np. niebieskim i wypełnić go pastelowo różowymi kwiatami, które zakupimy po prostu w kwiaciarni. Taki wazonik doda uroku w salonie czy sypialni. A jeśli nam się znudzi, albo – wystarczy wymienić kwiaty. Pastelowy poranek A gdyby tak pić każdego poranka kawę lub herbatę z kubka w pastelowym kolorze? Możesz je kupić za niewielkie pieniądze – różowe, niebieskie, zielone, jakie tylko zapragniesz. A jeśli jednak stwierdzisz, że nie lubujesz się w pastelach, po prostu przestaniesz ich używać, albo… oddasz koleżance. Pastelove sny Sypialnia bardzo lubi się z pastelami. Delikatne, bardzo „uczuciowe” kolory będą nas dobrze nastrajać zarówno do snu, jak i do rozpoczęcia nowego dnia po przebudzeniu. Nie musimy od razu decydować się na przemalowanie ścian. Wystarczą nowe poszewki na poduszki albo/i pościel. Do wyboru, do koloru, dosłownie! Nowe oblicze łazienki Pastelowe ręczniki mogą pasować niemal do każdej łazienki - tej urządzonej w jasnych kolorach, tej z elementami drewna, jak i tej z ciemnymi akcentami. Zainwestuj w kilka ręczników - prawda, że dawno już nie kupiłaś nowych? Teraz masz dobrą okazję :) Okno w nowym kolorze Firanka albo zasłona (albo to i to?) w pastelowych barwach nadadzą salonowi nowego wyrazu. Jeśli spodoba Ci się ta opcja, możesz pójść o krok dalej i ustawić na półce pastelowe dodatki, np. flakoniki, ramki na zdjęcia, lusterka itd. Zobaczysz, że ci się spodoba i trudno będzie przestać. Pastele są przeurocze i na pewno świetnie odnajdą się w niejednym wnętrzu. Warto jednak znać umiar – przesada jest przecież zła w każdą stronę. Wszystko z głową, powodzenia! :) Sprawdź także:   Kuchnia w...

Przeczytaj
Styl życia Danusia schudła 70 kilogramów! Teraz zdradza, jak jej się to udało
Miałam niezwykłą umiejętność: słyszałam, co ludzie o mnie myślą. W ich oczach widziałam słowa: „Gruba”. „Brzydka”. „Zapuszczona”. Oskarżenie, pogardę, litość. I taka się czułam. Dzisiaj wiem, że to nie ja byłam „zapuszczona”, ale moje życie. I poczucie wartości – czy w ogóle istniało? Ważyłam prawie 140 kilogramów, ale problemów i kompleksów miałam tonę więcej.
Agata Olejniczak
luty 14, 2017

Do księgarń właśnie weszła moja książka. Patrzę na okładkę i widzę: Danuta Awolusi, „Odważona. Dziewczyna minus 70 kg”. To brzmi surrealistycznie, ale przecież tak było. Oddaję w ręce ludzi moją historię, bo od kiedy schudłam, jak to mówią „połowę siebie”, zalała mnie fala pytań. Jak to zrobiłam? Co jadłam? Skąd wzięłam motywację? Rozumiem, chcecie wiedzieć. Ale czy chcecie usłyszeć prawdę? Prawdę o tym, dlaczego musiałam stać się Odważoną? Czy gruba jest szczęśliwa? To nie był dzień ani konkretna chwila. To czas pokazał, że coś w moim życiu mocno zgrzyta. Przyjaciele, praca, mieszkanie, codzienność – wszystko wydawało się beznadziejne. To ważne słowo: beznadziejność, a więc coś, co utraciło wszelką moc. Kto traci nadzieję, ginie! Wierzę, że każdy człowiek ma w sobie wielkie pokłady siły. Moja była zakopana głęboko, ale w końcu się przebudziła. I zadała mi buntownicze pytanie: „Jesteś szczęśliwa?” Nie! „Jesteś nieszczęśliwa, bo ważysz ponad sto kilogramów?” „…?” Byłam pewna, że tak. Trzeba schudnąć, żeby zacząć się podobać. Sobie i innym! Lipiec 2011 Rewolucja na grubo! Pierwsza myśl, ożywcza i silna to: zmienić to. Zmienić siebie, czyli schudnąć. Jeżeli wszystko nie gra, to chyba nie ma wyjścia? Dusząc się i tkwiąc w dziwnym osowieniu, możliwość działania, istnej rewolucji, wydała mi się tak cudowna, jak haust świeżego powietrza. Łapczywie wciągałam ideę tego, że przecież mogę zmienić swoją fizyczność. Moje ciało jest moje i robię z nim, co mi się podoba! Mogę więc schudnąć i zacząć być szczęśliwą, wolną, pożądaną. I mam nieograniczoną ilość czasu. Przecież nic nie muszę. Ja chcę. Dałam sobie dwa lata na realizację tego zadania. Zmiana nawyków żywieniowych nie była trudna. Adrenalina, jaka towarzyszyła w osiąganiu celu, zabijała wszystkie wątpliwości. Stopniowe...

Przeczytaj
Styl życia Chleb, który nie tuczy - przepis idealny!
Długo żyłam bez chleba, od kiedy uwierzyłam, że tuczy. W końcu jednak powróciłam do pieczywa, zaczynając od tak zwanych „grahamek”. Kiedyś jednak przez przypadek zobaczyłam rozpiskę składu i poczułam się oszukana. Pomyślałam: „A gdyby istniał chleb bez mąki i tłuszczu? I polepszaczy? Ale by było”. A potem dowiedziałam się, że on istnieje. Chleb z kaszy gryczanej niepalonej…
Agata Olejniczak
grudzień 05, 2016

Na zdjęciu wyglądał jak zwykły chleb. Byłam pewna, że to się nie uda, ale… znęcona perspektywą pałaszowania kromek na śniadanie, postanowiłam spróbować. Aby dokonać dzieła, potrzeba: ½ kg kaszy gryczanej niepalonej, surowej 700ml wody 2 łyżeczki soli I… to by było na tyle. Podobno niektórym ten chleb nie wychodzi, sama nie wiem, dlaczego. Mnie udaje się za każdym razem! Kaszę zalewam wodą. Można ją wypłukać wcześniej, ale ja tego nie robię. Ważna jest pora dnia, którą obierzemy za początek. Polecam ranek. Rano zalewam więc kaszę i odstawiam na cały dzień. Wieczorem patrzę, ile wchłonęła wody. Jeżeli dużo, dolewam odrobinę, ale tylko tyle, by ziarna były ledwo co przykryte. Całość zaczyna się robić śluzowata. I bardzo dobrze! Nazajutrz rano odlewam wodę. Nie przerzucam kaszy na sitko, ale pomagam nim sobie, aby ziarenka nie wpadały do zlewu. Kiedy pozbywam się już „kisielowatej” cieczy, wsypuję sól i zabieram się za blendowanie jej na gładką masę. Kasza jest miękka, więc w ciągu 10-15 minut całość zaczyna wyglądać, jak jogurt naturalny z dodatkiem zmielonych płatków owsianych. Przerzucam do formy keksowej wyścielonej papierem do pieczenia i zostawiam na jakieś 8-9 godzin. W zasadzie z tak przygotowaną masą nic się nie dzieje, choć niektórym wyrasta charakterystyczny brzuszek. Wolę, jak go nie ma, wówczas chleb jest idealny. Po tym czasie pozostaje włożyć chleb do piekarnika i piec w 200 stopniach przez około 60 minut. Powinien się zrumienić i lekko pęknąć. Po wyjęciu będzie ciężki. To dobrze! Niech wystygnie. Jaki będzie w smaku? Gryczany. Tak, czuć grykę. Chleb jest zbity, wilgotny, kroi się doskonale. Jest też bardzo sycący. Aż trudno uwierzyć, że nie ma w nim mąki ani drożdży! Można go mrozić. Zawsze piekę na zapas, a potem wyjmuję kawałki i zjadam na bieżąco. Cieszę się, że mogę...

Przeczytaj