klub recenzentki wizaz klub recenzentki wizaz Wejdź
Styl życia

Życie skrojone na miarę Instagrama: czas się od niego uwolnić?

Często łapię się na tym, że zamiast podziwiać zachód słońca nad morzem, zastanawiam się, jak skadrować go tak, żeby na Instagramie Międzyzdroje wyglądały jak Mauritius. Może nie warto zamieniać przeżywania na postowanie?
Monika Orzechowska
czerwiec 25, 2016

Gdy zamawiam makaron z owocami morza na lunch, myślę nie tylko o tym, czy lubię wszystkie składniki tego dania, ale także o tym, czy będą dobrze się fotografować. A potem zamiast zjeść pastę póki gorąca, układam wokół talerza absurdalną z praktycznego punktu widzenia kompozycję z okularów słonecznych (najchętniej Ray-Banów), torebki (im bardziej markowa, tym lepiej), ewentualnie kwiatków, koktajli i iPhone'a.

Czytaj też:  Przegląd modnych kapeluszy z dużym rondem

Goście restauracyjni przy sąsiednich stolikach patrzą na mnie jak na nieszkodliwą wariatkę, a mój mąż denerwuje się, że więcej uwagi poświęcam kadrom niż konwersacji.

Jeszcze gorzej jest na wakacjach, gdy czuję się, jakbym ciągle była w pracy, bo o detalach, ubraniach i widoczkach myślę w kategoriach materiału na fotografię. Zawsze lubiłam robić zdjęcia, zwłaszcza wcześnie rano i późnym popołudniem, gdy światło jest najpiękniejsze. Wydaje mi się, że mam oko do szczegółów, potrafię wyłuskać obrazy z rzeczywistości i lubię podziwiać piękno.

Czytaj też:  Jak naprawdę odpocząć w wakacje?

Od kiedy nie tylko prywatnie, ale także zawodowo posługuję się Instagramem, radość robienia zdjęć pozostała, ale towarzyszy jej lęk o lajki. Bo nie zawsze to, co mi się podoba, lubią pozostali użytkownicy.

Na Instagramie serduszka dostają selfiki, których z zasady nie robię, bo wolę portrety niż autoportrety, absurdalne kompozycje, jak ta opisana powyżej, a także wszystko inne, co świadczy o tym, że ktoś zna się na lifestyle'u.

Radość dzielenia się zdjęciami pięknych miejsc, ludzi i przedmiotów jest przyćmiona przez lans. A jeśli próbuje się żyć tak, żeby każda czynność nadawała się do pokazania na Instagramie, chwila lenistwa oznacza stratę okazji na pochwalenie się lekcją kitesurfingu, imprezą z przyjaciółkami czy egzotycznymi wakacjami.

Nie mówiąc już o tym, że przykrajanie zdjęć przeszkadza w przeżywaniu. Bo czasami te najpiękniejsze przeżycia są mało fotogeniczne. A im bardziej wartościowe, tym częściej zapomina się o ich uwiecznieniu.

Czytaj też: TOP 5 z KWC- najlepsze peelingi owocowe do ciała

Komentarze
https://www.instagram.com/jcharlesbeauty
materiały PR
Makijaż 100 tysięcy lajków? Makijaż tego nastolatka podbił internet. Zobaczcie!
17-letni James Charles z Nowego Jorku marzy o tym, żeby zostać makijażystą. Gdy okazało się, że jego licealne zdjęcie nie eksponuje w dostateczny sposób tego, jak perfekcyjnie rozświetlił skórę, postanowił powtórzyć sesję. Efekt pracy ucznia zdobył 100 tysięcy lajków na Instagramie.
Anna Konieczyńska
wrzesień 07, 2016

Pamiętacie ten mrożący krew w żyłach moment, gdy na szkolnym tableau zawisło na wieki zrobione w klasie maturalnej, nie dość doskonałe, zdjęcie? James Charles , który marzy o tym, żeby zostać makijażystą, zbuntował się przeciwko przeciętności. Gdy okazało się, że jego zdjęcie do księgi pamiątkowej w niewystarczającym stopniu eksponuje jego rozświetlony makijaż, postanowił powtórzyć sesję. Efekt pracy polubiło na jego Instagramie aż sto tysięcy osób! „Lubię wyglądać super”, napisał James pod zdjęciem z mocno zarysowanymi brwiami, koczkiem na głowie i oczywiście błyszczącymi policzkami, a jego posta skomentowała słowami „Jesteś zwycięzcą!” jego idolka, młoda wokalistka Zendaya . Czy to znaczy, że już za chwilę siedemnastolatek z Nowego Jorku zdobędzie sławę nie tylko na Instagramie?  A może weźmiemy przykład z Jamesa, gdy następnym razem wybierzemy się do fotografa, żeby zrobić zdjęcie do dowodu osobistego albo paszportu? Świetny patent na perfekcyjne światło ma też Kim Kardashian , która perfekcyjne selfie robi dzięki LuMee – świetlistej obudowie na iPhone'a.  Zobacz więcej zdjęć Jamesa na jego Instagramie :

Przeczytaj
Styl życia Trwałe, uwodzicielskie i przykuwające uwagę. Jak pachną idealne perfumy?
To jedne z tych perfum, które bez wahania poleciłabym przyjaciółce, mamie, a nawet babci. A teraz można je kupić w superpromocji!
Materiał partnera
kwiecień 12, 2018

AVON Little Black Dress to ponadczasowa klasyka zamknięta w eleganckim flakonie, którą zachwyca się wiele z nas. Teraz zapach doczekał się nowej wersji, a nawet dwóch. Na rynku pojawiły się perfumy  Little Black Dress Party oraz  Little Black Dress Weekend . Dzisiaj jednak skupię się na tym drugim, ponieważ to właśnie ta odsłona klasycznej "małej czarnej" AVON zdominowała wiele moich ostatnich poranków.  Jak pachną AVON Little Black Dress Weekend? Orzeźwiające nuty zapachowe natychmiast roztaczają pozytywną energię i wprawiają w dobry nastrój . Cytryna z Korsyki, kwiat pomarańczy, paczula indonezyjska – to coś między słodkością, soczystym orzeźwieniem, a elegancją. W tym połączeniu można zakochać się już od pierwszego psiknięcia. Zapach jest bardzo wiosenny , przez co idealnie nadaje się do używania właśnie teraz. Myślę, że spokojnie można go używać również jesienią i zimą, aby odczarować ponurą aurę :). Lekka jak chmurka cytrusowa nuta przyjemnie otula skórę i niemal natychmiast zaczyna się rozwijać. Na początku zapach ma delikatnie drapieżną podstawę, która z godziny na godzinę staje się coraz bardziej łagodna. Dzięki temu zdecydowanie bardziej można wyczuć owoce. Dla mnie ogromnym plusem jest również to, że Little Black Dress Weekend w żadnym wypadku nie duszą  – nawet, jeżeli zdarzy mi się psiknąć kilka razy więcej niż zwykle.  Nie ma potrzeby intensyfikowania zapachu w ciągu dnia, ponieważ sam w sobie jest bardzo wyrazisty. Jednak w podróż chętniej zabieram perfumetkę oraz balsam z tej samej serii . Pachną tak samo pięknie i utrzymują się na skórze od rana do wieczora. A ponieważ lubię spryskiwać perfumami również włosy, zdarza się, że Little Black Dress Weekend jest na nich wyczuwalny nawet kolejnego dnia.  Dodatkowo flakon ma naprawdę piękną grafikę, od której na początku nie mogłam...

Przeczytaj
Makijaż Ten kosmetyk kosztuje 15 zł i dzięki niemu porzuciłam doklejanie sztucznych rzęs. Działa cuda!
Podjęłam decyzję - nie rozstaję się z tą bazą nawet na krok! Jest tania, łatwo dostępna i w dodatku robi to, co obiecuje producent :).
Milena Majak
maj 18, 2017

Do wszelkich baz pod mascarę zawsze podchodziłam z pewną dozą nieufności. Mój sceptycyzm brał się głównie z tego, że mam raczej grube, długie i jasne na końcach rzęsy, które w dodatku bardzo łatwo się sklejają. A efekt pajęczych nóżek to zdecydowanie nie to, co chciałabym osiągnąć... Lubię je jednak mocno podkreślać, bo kiedy są w naprawdę bardzo dobrej kondycji, sięgają wręcz do nieba. Muszę natomiast cały czas pamiętać o tym, że każda dodatkowa warstwa jakiegokolwiek produktu na moich rzęsach zwiększa prawdopodobieństwo sklejenia ich . Postanowiłam jednak zaryzykować i wcale się nie zawiodłam - można powiedzieć, że wręcz zaprzyjaźniłam się z bazą pod tusz Golden Rose Lash Primer i nie wyobrażam sobie bez niej codziennego makijażu :). Recenzja Golden Rose Lash Primer Zacznijmy od samego opakowania. Jest dość solidnie wykonane, wygląda elegancko , ale po pewnym czasie może się delikatnie brudzić w kosmetyczce ze względu na swój biały kolor. Szczoteczka do tuszowania jest z kolei chyba jedną z najlepszych jakich kiedykolwiek używałam. Nie jest silikonowa, co mi jak najbardziej odpowiada. Nie każde rzęsy lubią się z takimi, ale gwarantuję, że w tym przypadku nie ma mowy o złym rozprowadzeniu produktu na włoskach . Myślę, że będę wykorzystywać tę szczoteczkę do zamaczania w innych tuszach, gdy zużyję już samą bazę.  To dlatego, że doskonale zbiera nadmiar produktu, rozprowadzając przy tym jego odpowiednią ilość na rzęsach . Jest to bardzo wygodne przede wszystkim dlatego, że tusz nakładamy na jeszcze mokrą bazę. I wbrew pozorom naprawdę unikamy w ten sposób grudek. Dla mnie to najlepsze rozwiązanie, bo chyba jak wiele z nas, kobiet, żyję w ciągłym niedoczasie i pośpiechu, a rano staram się poświęcać jak najmniej czasu mogę na makijaż. Zobacz także: Perfekcyjny kształt, całodniowe utrwalenie i jeszcze ta cena. Kochamy te...

Przeczytaj
Styl życia Cellulit, za małe piersi - Marina Łuczenko-Szczęsna opowiada o swoich kompleksach
Ciało Mariny wydaje się perfekcyjne w każdym calu, ale nawet ona miewa kompleksy. Czego nie lubi w swoim wyglądzie?

Gwiazdy na Instagramie coraz częściej rezygnują z prezentowania wyidealizowanych zdjęć, a zamiast tego chwalą się swoimi niedoskonałościami. Nie tak dawno Aleksandra Domańska pokazywała na Instagramie zdjęcie w bikini, na którym widać jej fałdki, a Anna Lewandowska przyznała, że mimo zdrowego odżywiania i regularnych treningów zmaga się z cellulitem . Do grona celebrytek, które przyznają się do swoich niedoskonałości dołączyła właśnie Marina Łuczenko-Szczęsna. Piosenkarka bardzo często publikuje na Instagramie zdjęcia w bikini i dumnie prezentuje szczupłe ciało. Fotografie zawsze wzbudzają zachwyt jej fanów, ale okazuje się, że Marina patrzy na swoje ciało bardziej krytycznie... Wyświetl ten post na Instagramie. Post udostępniony przez MaRina (@marina_official) Cze 18, 2019 o 7:05 PDT Marina Łuczenko-Szczęsna ma kompleksy? Pod jednym z postów na Instagramie gwiazdy, jak zawsze fani komplementowani jej perfekcyjną sylwetkę. Jedna z fanek poprosiła, aby gwiazda zdradziła sekret idealnego ciała. Marina postanowiła jej odpowiedzieć, ale nie wyjawiła tajemnicy szczupłej figury, tylko... stwierdziła, że jej ciało wcale nie jest pozbawione wad. Wcale nie idealne, mam cellulit, po dziecku mniejszy biust i nieduże biodra , ale lubię siebie i akceptuję. Nie ma ideałów - odpisała Marina Łuczenko-Szczęsna. Wyświetl ten post na Instagramie. Post udostępniony przez MaRina (@marina_official) Maj 18, 2019 o 8:07 PDT Jak widać każdy ma coś, czego nie lubi w swoim wyglądzie. Najważniejsze jest jednak to, aby śladem Mariny akceptować siebie i nie przejmować się zbytnio kompleksami. Zobacz także: Marina Łuczenko-Szczęsna zdradziła, ile waży. To niewiarygodne, że TAK mało...

Przeczytaj