Rozeznanie
Zarejestrowany: 2002-08
Lokalizacja: Londyn
Wiadomości: 605
|
Smuga cienia
Mam pod oczami zmarszczki, to już nieodwołalne.
Geny się odezwały, czy jak to zwał - patrząc na mnie nie widać już młodej dziewczyny, ale młodą kobietę. Wiele rzeczy przede mną, ale też juz trochę za mną i mówiąc o przeszłości nie mówię już "kiedy byłam mała", ale "kiedy byłam młodsza".
Już nie marzę o Księciu z Bajki i nie jestem już młoda zdolna z potencjałem, ale dziś, teraz winnam być/jestem już z pewnym dorobkiem.
W mojej rodzinie chyba, jest tak, że natury w "tył" nie oszukasz - zmarszczki, czy po prostu widoczna już przy uśmiechaniu inna struktura, cienkość skóry pod oczami przy uśmiechaniu są już widoczne.
Od lat nie marzyłam już i Księciu z Bajki, co zauważyłam u siebie ostatnio, w oczekiwaniach wobec mężczyzn i świadomści własnych życiowych możliwości również zeszłam już niżej, patrz - na ziemię.
Tysiącem zawodów już nie będę.
Przeszłam z okresu wczesnej młodości do umiarkowanej młodości, kiedy to trzeba się wyszaleć przed ustatkowaniem i kiedy infantylnośc powinien być już passe.
czas zacząl dla mnie szybciej płynąć, już nie mam pomysłów, że mam go dużo. Wręcz przeciwnie, odczuwam, jakbym miała go strasznie mało.
W wielku siedemnastu lat miałam koleżanki, dla których posiadanie dziecka było normalne moi rodzice już się nie dziwili. Młode mężatki, trochę starsze ode mnie. Dla mnie to była pewna cezura przejścia z jednego okresu do drugiego. Niedługo potem zmarła moja Babcia, najstarszą osoba w rodzinie stał się mój Ojciec.
Bardzo dużo rzeczy mnie ominęło i czuję się troche niegotowa na "taką" dorosłość. Nie miałam wzorców, czy jak to nazwać i sama nie wiem, jaką tożsamość teraz przyjąć?
Z jednej strony nadal "och, nie wyglądasz na swój wiek", z drugiej mam dość mocny typ urody, przyciemnione włosy, gęste i ciemne brwi, martwię się o zmarszczki - na szesnaście też nie wyglądam .
Mentalnie - "Twoja Mama w twoim wieku była już kobietą, Ty jesteś jeszcze dziewczyną".
Tak.
Na pewno.
Juz nie jest "za wcześnie/wcześnie na karierę/osiągnięcia", jest rychło w czas, jeśli nie mam zostać w tyle (Boże, co ja piszę?)
Już pora coś osiągnąć. na coś się zdeklarować, jakiś związek zawrzeć i sama nie wiem, jak to powiedzieć...
Nikt mnie nie nauczył, jak być dorosłą, ja zawsze byłam najmłodsza, w rodzinie i towarzystwie, zawsze słyszałam "masz jeszcze czas".
Czas na wypracowanie nowej tożsamości.
Spadłąm mocno z piedestału i jednym ze smutnych sukcesów, jaki osiągnęłam było nauczenie się spoglądania na siebie bez zakłamań.
I nie wiem, czy i Wy to macie - ja chyba myślałam, że życie przygotowuje dla mnie jakąś szczególną niespodziankę, że ja jestem choć trochę szczególna, że te cechy, które inni nie byli w stanie wykształcić, te problemy, których nie byli w stanie pojąc - ja w sobie wykształcę, ja pojmę.
I pewne nieszczęścia mnie nie dotkną.
I dotknęły. I przeżyłam, wyszłam z niewielkim szwankiem, ale i silniejsza i życiowo mądrzejsza od wielu moich koleżanek (rówieśniczek, to trafniejsze).
Robię sobie podsumowanie i co?
Chciałam być silna, z charakteru przypominać dziewice orleańską, byc kinsekwentna i bez skazy, tak silna, żeby pokonać WSZYSTKIE PRZECIWNOŚCI LOSU.
I tak bokiem mi wyszło...
Jestem silna-mimo-porażek, "w mojej słabości jest ogromna siła"
co tłumacząc na mowę ojczystą - nie byłam na tyle silna, by nie doświadczyc na przykład depresji. W pewnym momencie spotkało mnie nieszczęście i się ugięłam - ale razem z owym pochyleniem charakteru, z ulegnięciem słabości pojawiła się ogromna siła i determinacja, by słąbość pokonać.
Zapytałam się ostatnio psychologa - czy ja przez miałam depresję? (przez dwa lub więcej miesięcy poczucia jakby-przygnębienia) bo wg mnie nie - depresja kojarzyła mi sie z apatią, brakiem nadziei i niechęcią/nieumiejętnością robienia z tym czegokolwiek. A to mnie nigdy nie spotkało. W chwilach największego smutku towarzyszyła mi niemal boska determinacja, by coś z tym zrobić, bo TAK nie będzie wyglądało moje życie.
Nie JA będę leżała w łóżku i płakała w poduszkę.
Co usłyszałam?
To był rodzaj depresji, bo ich rodzajów jest dużo.
Wniosek trudny dla mnie do zaakceptowania. JA, jestem silna, zawsze byłam. JA nie ulegam i nie popadam w depresje. To jest właśnie to, kim jestem - załamania mnienie dotyczą...
jakkolwiek silna okazałam się po fakcie nic to nie znaczy wobec tego, że w któryms momencie swojego życia okazałąm się słaba i nic, nigdy nie jest w stanie tego zmazać...
Był czas w moim życiu, kiedy "dałam ciała".
Przeżyłam załamanie.
A to, co mam to nie tyle siła, co bardzo dobrze rozwinięty instynkt samozachowawczy i inteligencja emocjonalna - ja po prstu jak się siebie i swoich zachowań przestraszyłam, poszłam do psychologa, który mi trochę wyprostował te mity, które na swój temat w główce hodowałam.
Nie jestem specjalnie silniejsza od innych ludzi - jestem inteligentniejsza od wielu.
I jest pewien aspekt mojej osoby/osobowości, wg którego jestem słaba.
I nie wyobrażacie sobie, jak strasznie trudno TĄ cechę jest mi w sobie zakceptować.
Nowy okres w życiu, nowa tożsamośc, nowa wiedza.
(nie jesteś lepsza od innych, nie jesteś silniejsza od innych, jesteś inteligentniejsza od paru. I nie jesteś wolna od tej choroby cieniasów - depresji, COKOLWIEK TO ZNACZY - o tyle jestem od paru lepsza, że umnie to się łatwiej i szybciej leczy/nie wymaga żadnych prochów i najprawdopodobniej nie będzie nawrotów)
...
Dupa 
(czy to, co napisałam jest w ogóle zrozumiałe ?)
|