W końcu dorwałam się do laptopa. Jakby komuś chciało sie jeszcze czytać to
mój opis porodu.
Wstałam w nocy i poczułam, że mam coś mokro w majtach. Pomyślałam o kurde w końcu ten wiesiołek zaczął działać tak jak dziewczyny z wizażu pisały.

Ide na siku, wstaje, a tu chlust. Yyy co jest? Zaraz, zaraz toż to wody mi odeszły.

No to siedzę na tym kiblu, dalej leci, dzwonie do połoznej, każe jechać na IP. Budzę więc TŻ, że to już. A ten, ale co już. No już musimy jechać do szpitala. W 5 sekund był gotowy z moją walizką. Na IP okazało się że nie wzięłam dowodu osobistego. No swietnie. Na szczęście byłam w przychodni przyszpitalnej i moje dane były już w systemie. Na IP puściutku, uff. Połozna bada, pyta, mówi że było jeszcze spać, że jest jeszcze 6 godz po odejściu wód. (Taaaa jasne takie emocje, leje się po nogach i spij człowieku). Podłączyła mnie do ktg, skurczy brak. Zbadała coś tam poruszyła, wody poszły i zaczęły się skurcze. Poszliśmy na porodówkę, wszystkie sale zajęte. W międzyczasie oczywiście tż zagaduje położna, która zaczęła narzekać, że tyle pracy mają, a później opisują na necie wszyscy. To on do niej, że pracuje w fakcie i też wszystko opisze haha. Dostaliśmy sale, nic się nie działo, przespalismy się. Połozna jakiś czopek założyła. Bóle wzmagały. Dostałam gaz, piłkę, prysznic i tak na zmianę. Gaz na początku dawał jakąś fazę, a później mnie zamulał, tak że przysypiałam pomiędzy skurczami. Bóle dalej mocniejsze. A moje znieczulenie to kurde gdzie pytam. No przykro mi- mówi położna - nie ma mozliwości w tej chwili bo w soboty tylko 1 anestezjolog, akurat robi cesarke.

Za godz. będzie. Godzina w bólach. No mam złą wiadomość, kolejna cesarka. Że jak?

Połozna kochana masowała robiła co mogła, aby mi ulżyć. Kazała tż masować sutki, on oczywiście myślał że mi ulży w bólu, a nie że podkręca oksytocyne i wzmaga skurcze. Ale kochany był trzymał za łapke, mówił że sobie poradze. No i nareszcie anestezjolog zrobił znieczulenie podpajęczynówkowe, chwila ulgi. Położna kazała się zdrzemnąć. Tak też zrobilismy. Obudziła i się zaczęło. Bóle mimo znieczulenia były bardzo nieprzyjemne, byłam w sumie u kresu wytrzymałości. Położna na zachęte dała dotknąć głowke, ale to na mnie nie zrobiło wrażenia. Mówiła, że mały się wstawia w kanał, ale coś nam nie szło. Podjęła decyzje o nacięciu. I znowu przyj, przyj jak będzie skurcz. A ja kurde już nie mogę, niech to się skończy. Myślałam tylko, że za chwilę już ukachany synek będzię na świecie. I to mi dodawało sił. Nagle poczułam jak ze mnie wychodzi, wow co za ulga. Położyła mi go od razu na mnie. Dumny tatuś przeciął pępowinę. A my sobie leżeliśmy. Połozna zajęła się resztą, szycie łożysko. I tak pojawił się mój Syn

na świecie. Nie był to pewnie najlżejszy poród świata, ale jestem zadowolona z połoznej, która tak go poprowadziła, że nie miałam ani próżnociągu ani nie pękłam, ani nie miałam cesarki. A biorąc pod uwagę wage Maksa 4265 g i moje „gabaryty” nie było to takie oczywiście. Po ubraniu i zważeniu tatuś wziął synusia w ramiona i tulił. I powiedział , że byłam silna jak V8.

ŁoMatko