|
Notka |
|
Zwierzęta domowe - wiZOOż Forum dla miłośników zwierząt domowych. Szukasz porady w temacie psów, kotów, żółwi, chomików itp.? Forum wiZOOż to miejsce dla ciebie. |
![]() |
|
Narzędzia |
![]() |
#1 |
Przyczajenie
Zarejestrowany: 2014-04
Wiadomości: 22
|
o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
Zapłacz
kiedy odejdzie, jeśli Cię serce zaboli, że to o wiele za wcześnie choć może i z Bożej woli. Zapłacz bo dla płaczących Niebo bywa łaskawsze lecz niech uwierzą wierzący, że on nie odszedł na zawsze. Zapłacz kiedy odejdzie, uroń łzę jedną i drugą, i – przestań nim słońce wzejdzie, bo on nie odszedł na długo. Potem rozglądnij się wkoło ale nie w górę; patrz nisko i – może wystarczy zawołać, on może być już tu blisko... A jeśli ktoś mi zarzuci, że świat widzę w krzywym lusterku, to ja powtórzę: on w r ó c i... Choć może w innym futerku. Franciszek Klimek "On wróci" Z dedykacją dla Ćpuna - będziesz na zawsze w mym sercu Przyjacielu! PROLOG - Silna anemia. Obawiam się, że nerki całkowicie zaprzestały pracy. - Ale, ale jak? Co to znaczy? Jak to poprawić? Znowu kroplówki? - zasypałam weterynarza gradem pytań. - To znaczy, że szpik kostny nie jest już pobudzany przez nerki do produkowania krwinek, co spowodowało anemię. Będę szczery. - powiedział, uprzednio biorąc głęboki oddech. - W przypadku kotów nie można mówić o leczeniu. Podawanie sztucznej erytropoetyny, hormonu, który stymuluje szpik kostny do produkcji erytrocytów, daje rezultaty u psów. Niestety koty na to kompletnie nie reagują. - I co? Żadnej nadziei? - Nerki już nie podejmą pracy, a więc ilość czerwonych krwinek nigdy nie będzie dostateczna. Jedyne co można zrobić to przeprowadzić transfuzję krwi, ale to zabieg krótkotrwały. Trzeba by go powtarzać co dwa tygodnie albo częściej. Naprawdę uważam, że przy przewlekłej niewydolności to wszystko jest bezcelo... - To co z tą transfuzją? - weszłam lekarzowi w słowo. - Kiedy możemy ją przeprowadzić? - Potrzebne są jednostki krwi z banku albo zdrowy kot jako dawca. - zaczął objaśniać zrezygnowany. - No i niestety nie można tego przeprowadzić u nas, musiałaby pani pojechać do odpowiedniej kliniki i... - Gdzie ta klinika? To był początek walki. A właściwie koniec. Ale wtedy jeszcze nie byłam gotowa w to uwierzyć. *** Wróciłam z Ćpunem do domu analizując wszystko co powiedział weterynarz. Zawiozłam go do przychodni, ponieważ nagle gorzej się poczuł. Całą noc i popołudnie spędził pod wanną i wracał tam ilekroć go spod niej wyciągałam. O niewydolności wiedzieliśmy od roku, dotychczas nie było żadnych dramatów. Karma dla nerkowców, kontrolne badania, obywało się nawet bez częstych kroplówek. Tyle się naczytałam o trudnym przebiegu tej choroby zaraz po postawieniu diagnozy, że płakałam cały dzień, jakbym już pożegnała mojego ukochanego kocura. A tu proszę, trwał z nami prawie rok, bez cierpienia, wybrzydzania, z kreatyniną i mocznikiem w ryzach. Aż do dziś. Nie myślcie sobie, że to taki idealny kot. On nawet koło ideału nie leżał. Właściwie w przypadku Ćpuna zasadniej byłoby w tej metaforze użyć innego czasownika - tak, zdecydowanie! On nawet koło ideału nie naszczał (a szczał dużo, często i wszędzie). Przez trzynaście obsikanych w każdym calu lat byłam właścicielką jednego niekastrowanego (matko, gdzie ja miałam głowę?!) kocura. Wredne indywiduum kochane chyba tylko przeze mnie i tylko mnie kochające. Wstyd się przyznać, ale przyszłam na świat w rodzinie antykociej. Mama nienawidziła jedynie dwóch rzeczy: koloru brązowego i kotów. I wierzcie, z tych dwóch nieszczęść wolałaby chodzić całe życie w brązowym swetrze. I tak żyliśmy sobie przez te trzynaście lat, 4745 dni, straciwszy 200 zalanych kołder, 2 monitorów LCD, 2 podłóg wypaczonych od wilgoci paneli, 12 rolek przerabianych wiecznie pazurami tapet, 23 par butów, które nigdy nie przestały śmierdzieć amoniakiem i 3 dywanów (tylko trzech, bo po ostatnim wszelkie dywany zostały w domu zlikwidowane). Lecz kiedy Ćpun umierał byliśmy gotowi walczyć jeszcze o kilka takich dni. - Dzwoń do pani Izy, pojedziemy jeszcze dziś! - decyzja mamy utwierdziła mnie w przekonaniu, że naprawdę wszyscy kochamy tego małego sukinkota (co wcale nie przeszkadza wciąż go nienawidzić). Szczęśliwie kilka miesięcy wcześniej do naszego domu przyplątał się potencjalny dawca krwi. Nie przypuszczaliśmy wtedy, że Klops, przygarnięty dachowiec będzie mógł się tak szybko odwdzięczyć za dom. Zapakowałam więc nasz koci dobytek do samochodu i wyruszyliśmy z Katowic do sprawdzonej kliniki w Bielsku-Białej. Plan był konkretny, transfuzja jak najbardziej realna i choć w głębi duszy wiedziałam, że w grę wchodzi jedynie odroczenie, byłam przekonana, że jeszcze dziś wyrok nie zostanie wykonany. Jadąc w zawrotnym tempie o godzinie 22 dotarliśmy na miejsce, potem czas jakby zwolnił. Nim wskazówka zegara przesunęła się w końcu o kolejną godzinę, minęły dla mnie ze 2 dni. Czekać. Czekać. Czekać. Choć zaparłam się, by walczyć o mojego kota, w tej walce byłam bardzo biernym wojownikiem i nic ode mnie nie zależało. Badania były decydujące i zaklinałam je uparcie w myślach czekając na telefon z laboratorium. W końcu zadzwonił! - Tak. Tak. Wysoki. A kreatynina? - z zaciśniętym żołądkiem słuchałam odpowiedzi pani Izy, które kierowała do słuchawki. Mimowolnie wychyliłam się, by spojrzeć na cyfry, które, choć niepożądane, uparcie pojawiały się na kartce zapisywane przez lekarkę. Mocznik 369. Kreatynina 9,47. I już. Walnęło mocno i niespodziewanie. Konkretny plan obalony przez konkretne liczby. - Musimy najpierw zbić mocznik, podłączyć kroplówkę, wstrzymajmy się z tym przetoczeniem. - zwróciła się do mnie po skończonej rozmowie. - Nie będzie łatwo, wyniki są bardzo wysokie i pogorszyły się tak nagle... - nie przerywając zaczęła przygotowywać kroplówkę, choć jej ruchom brakowało energii i zdecydowania. Nie sądziłam, że dam radę to wykrztusić, nie przypuszczałam, że będę musiała zadecydować i że przyjdzie mi to tak niesamowicie łatwo, ale słowa zawisły w powietrzu, nim zdążyłam je przemyśleć: - Chciałabym się z nim pożegnać. - Ale, pani doktor mówi, że... - mama próbowała interweniować, ale nie dałam jej dokończyć. Może bałam się, że mnie przekona? Znalazłam Ćpuna 13 lat temu, małego kociaka, poranionego, z gnijącym ogonem, przeraźliwie miauczącego, na swój sposób przeklinającego pewnie na czym świat stoi. Kochałam go, byłam jego panią/był moim panem i byłam mu winna tę decyzję. Postanowiłam nie trzymać go dłużej przy sobie na siłę. Czy miałam wątpliwości? Nie, nie miałam. Nie było ich w tym wątłym ciałku leżącym na metalowym stole. Nie było ich w jego cierpiących oczach. A wreszcie nie było ich w jego spaczonym, złośliwym umyśle, który już wcale nie miał ochoty ani siły wypinać tyłka i lać po ścianach ile wlezie. - Nie martw się Ćpunku, nic już nie będzie Cię bolało, śpij sobie spokojnie, zaraz wszystko będzie dobrze. - słuchałam pani Izy jak czule i spokojnie przemawia do mojego kota i byłam jej niesamowicie wdzięczna, bo sama nie potrafiłam wydusić z siebie choćby słowa pożegnania. Wyobraziłam sobie jak to będzie wrócić do domu bez Ćpuna i przeżyć kolejne dni, tygodnie, ze świadomością, że już go nie ma. Cmoknęłam go w każde oko z osobna, czego tak bardzo nie lubił. W największej demonstracji obrzydzenia, czy czego tam wie, zawsze "sklejały" mu się powieki na dobre kilka sekund. Tym razem "skleiły się" na stałe. Nie mogłam tego znieść. Wybiegłam z przychodni. *** - Ulżyło mi, że podjęłaś taką decyzję. - dobiegło zza moich pleców. Byłam zbyt zaryczana, żeby usłyszeć jak pani Iza podchodzi do mnie z tyłu 10 minut później. - Bałam się, że będziesz chciała go ratować, a on bardzo cierpiał. - Już po wszystkim? - Tak. Już go nie ma. "Żywi mają zawsze rację przed umarłymi" - jakoś tak to szło, no nie? Niestety opuszczając przychodnię weterynaryjną w Bielsku zapomniałam o tej starej prawdzie. Zbyt zrozpaczona po uśpieniu jedynego faceta, którego kochałam przez niemal połowę swojego życia, zbyt załamana, by logicznie myśleć, nie zamknęłam Klopsa, niedoszłego dawcy w transporterze. Szybko przekonałam się jak fatalne to miało mieć skutki, zbyt szybko by móc zareagować. Otwierając mamie drzwi auta, kątem oka widziałam jeszcze jak potyka się o krawężnik. A potem patrzyłam jak kot, którego niosła, jedyny żywy jaki mi pozostał, wyskakuje jej z rąk i ucieka przerażony w ciemną noc. |
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#2 |
Nie depcze krokusów
Zarejestrowany: 2004-08
Wiadomości: 53 233
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
Przykro mi z powodu utraty dwóch kotów.
__________________
- Rób swoje, wiedźminie. Resztą się nie turbuj.
Geralt solennie obiecał sobie nie turbować się. |
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#3 |
Przyczajenie
Zarejestrowany: 2014-04
Wiadomości: 22
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
1
Kiedy spojrzałam na zegarek była trzecia nad ranem. Nigdy go nie znajdziemy, pomyślałam. Byłam wyczerpana psychicznie i fizycznie. Łaziliśmy po okolicznych działkach od czterech godzin kompletnie nie przygotowani na szeroko zakrojone poszukiwania. Mieliśmy 2 małe latarki z kliniki i talerzyki z kocią karmą, które rozstawialiśmy dosłownie wszędzie. Było mi głupio, że pani Iza z mężem po całym dniu w pracy zarywa noc, żeby pomóc nam szukać kota, którego bądź co bądź, straciłyśmy przez własną głupotę. Nie śmiałam jednak podziękować im za pomoc i odesłać do domu. - Zniosę każdy wstyd, byleby Klops wrócił dziś z nami! - powtarzałam sobie w myślach. Jednak z każda chwilą byłam coraz bardziej pewna, że tej nocy, 30 października, straciłam oba koty. Zmęczenie dawało w kość, ale nie mogłam odpuścić. Wydawało mi się, że jeśli wrócimy teraz do Katowic, to choćbyśmy potem szukali resztę życia, nigdy już nie zobaczymy Klopsa. O czwartej musiałam przyznać, że dalsze poszukiwanie nie ma sensu. - Prześlijcie nam ogłoszenie ze zdjęciami po powrocie, wydrukujemy je i powiesimy tu w okolicy. - weterynarze byli mocno zasmuceni, ale nie czułam, potępienia za swój błąd, za co byłam im ogromnie wdzęczna. - Odpocznijcie i przyjedźcie wieczorem. Klops na pewno jest wystraszony, więc schował się gdzieś tu blisko. Na pewno nigdzie się teraz nie ruszy. - A jak pobiegł gdzieś dalej? I szukamy go w miejscu, w którym w ogóle go nie ma? - musiałam podzielić się swoimi wątpliwościami. Kompletnie nie wierzyłam, że uda się znaleźć kota w obcym dla niego mieście, na terenie, którego nie znałam ani ja, ani on. Poza tym TO BYŁ KLOPS. Przez te miesiące kiedy był z nami podejrzewaliśmy, że ma koci odpowiednik zespołu Downa. Jego "miauk" był ledwie słyszalny, a każdy jego ruch jakby puszczany w slow motion. Świadomość tego, jak bardzo był flegmatyczny, i że jego jedyną aktywnością w ciągu dnia było szukanie frajera, który by go głaskał i głaskał, nie pomagała mi wyobrazić sobie teraz, że Klops-Wcale Nie Dzikus będzie gdzieś dzielnie walczył o przetrwanie i czekał, aż w końcu uda nam się go odnaleźć. Pożegnałyśmy się z lekarzami i wsiadłyśmy do auta. Zupełnie zapomniałam o Ćpunie! Teraz widok tego martwego, pewnie już zupełnie zimnego futerka zawiniętego w kocyk na tylnim siedzeniu obudził we mnie poczucie winy. Za decyzję o uśpieniu. Za męczenie go badaniami przez cały dzień, jego ostatni dzień. A wreszcie za to, że nie opłakuję teraz śmierci Przyjaciela. Jednak kładąc się spać o świcie nie myślałam o tym, że Ćpun nie leży na swojej poduszce obok mnie. Martwiłam się o Klopsa, który 50 kilometrów od domu czeka gdzieś przerażony i nie ma pojęcia co się dzieje. *** O godzinie 11, po zaledwie trzech godzinach snu, wracałam już do Bielska. Michałowi, mojemu chłopakowi ledwie od kilku dni, zafundowałam randkę życia kiedy to obładowani ogłoszeniami o zaginięciu kota ruszyliśmy oplakatować miasto. Nie dbałam o to, czy ten związek nie był za świeży, by przetrawić moje kocie wariactwo. Zazwyczaj Crazy Cat Lady ujawniała się po dziesiątej randce, teraz jednak dbała jedynie o to, by jej kolejny kot nie miał randki ze śmiercią. - Ok, przerwa na obiad! - zarządził Rudy (nie, nie ma żadnej metafory w tym przezwisku - jest zwyczajnie rudy, jak wszystkie te dzieci, na których widok szczypaliśmy się w dzieciństwie na trzepaku), po 5-godzinnym marszu przez bielskie ulice, bloki, ogródki, śmietniki i wszystkie inne szczeliny, które wydawały się odpowiednie dla kota. Jeśli miał dość mnie i moich form rozrywki nie dał po sobie nic poznać. Za to głodu nie lubił ignorować, o czym zdążyłam się już wcześniej przekonać. - Jak się czujesz? - zapytał kiedy połykaliśmy już frytki w McDonaldzie. Nie byliśmy przyjaciółmi, choć znaliśmy się większą część życia chodząc do jednej podstawówki, gimnazjum i liceum. Aktualnie przeżywaliśmy spóźnioną fascynację sobą nawzajem, kiedy to spotkaliśmy się przypadkiem uczęszczając na zupełnie inne już uczelnie wyższe. Była to, póki co, raczej fizyczna fascynacja, dlatego nie wiedziałam na ile mogę się przed nim otworzyć. - Okropnie. Kleimy te plakaty, szukamy go, a mnie i tak się wydaje, że nigdy go nie znajdziemy. Boję się, że on będzie cierpiał, umrze jakąś straszną śmiercią, samochód go potrąci i będzie długo zdychał, albo będzie się błąkał, głodował i zastanawiał dlaczego go wyrzuciliśmy... - podzieliłam się z nim wszystkimi swoimi czarnymi myślami. A co mi tam, pomyślałam, niech mnie zostawi dupek jeden, najwyżej do domu wrócę pociągiem! - Ćpun chociaż umarł, po prostu nie żyje... Gadam bez sensu, prawda? - Michał w odpowiedzi tylko nieznacznie pokręcił głową. - Po prostu wiem gdzie jest, że już nie cierpi. A Klops żyje i wszystkie te straszne rzeczy mogą go jeszcze spotkać...i nie będzie wiedział, że go szukaliśmy i że wcale go nie wyrzuciliśmy... - Zamilkłam, kiedy objął mnie ramieniem. W zasadzie pierwszy raz mu się zwierzyłam i poczułam przyjemne odprężenie, mimo tego wariactwa wokół.` - A wiesz, że to już w zasadzie jego druga ucieczka z domu, co trochę stoi w sprzeczności z jego charakterem? - zagadałam już mnie dramatycznie. - Jak to? Uciekł już wam wcześniej? - Taa, na początku. Kiedy go znalazłam mama nie zgodziła się na drugiego kota, jak zawsze zresztą. Miałam mu znaleźć szybko dom i znalazłam. Ludzie, którzy chcieli go wziąć myśleli, że to chyba jakiś mały kociak i przyszli po niego z pudełkiem po butach, a on miał z pół roku i był już raczej sporawych gabarytów. Widziałam ich rozczarowanie, ale powiedzieli, że i tak go wezmą. Zapięłam go na szelki, bo przecież do tego kartona i tak by nie wlazł, i zabrali go do samochodu. Babka chyba jednak nie bardzo go chciała, bo trzymała go tak słabo, że w pewnym momencie wyrwał jej się z rąk i tyleśmy go widzieli. - Serio? To jak wtedy go znaleźliście? - dopytywał. - Tamci się zmyli, tak im zależało. Pamiętasz Adę? - kontynuowałam kiedy potwierdził. - Spędziła ze mną na parkingu kilka godzin, leżąc na lodzie pod samochodem kiedy próbowałyśmy go stamtąd wyszarpać. Ale za każdym razem uciekał pod inny i ta zabawa nie miała końca. Byłyśmy zmarznięte, wyglądałyśmy jak głupki i dałyśmy spokój. Na drugi dzień przyszłam na parking i tylko go zawołałam, z przekonaniem, że ani mi się śni go dalej ścigać, a to zmarznięte i głodne kocisko przybiegło jak wierny pies. No i mama stwierdziła, że widocznie nie chciał mieszkać z tamtymi ludźmi, wolał nas. I został. - Sama widzisz! Wtedy się znalazł, teraz pewnie też się znajdzie. - Wtedy było inaczej. Uciekł w miejscu, które znał, blisko mojego domu... - Chodź. - przerwał mi. - Obejdziemy jeszcze raz te działki koło przychodni. - i pociągnął w stronę wyjścia. Może jednak wszystko skończy się dobrze, pomyślałam nieśmiało pierwszy raz. Wróciliśmy do domu dopiero późną nocą. Sami. Kilka dni temu miałam jeszcze w domu dwa koty, czego wciąż nie mogłam zapomnieć i teraz, kiedy wróciłam po nieudanych poszukiwaniach, w domu były... dwa koty. Parę czarnych kociąt, "bliźniaków", jak je z mamą nazywałyśmy, znalazłam 2 tygodnie wcześniej przy śmietniku. Chorowały na koci katar i do czasu wyzdrowienia i odwiezienia do schroniska mieszkały u nas w piwnicy. - Pusto tu tak, po co mają siedzieć na dole same, nie ma Ćpuna, Klopsa, nikogo nie zarażą... - tłumaczyła się nieudolnie moja mama, znany mi od dzieciństwa zagorzały wróg kotów, w odpowiedzi na mój pytający wzrok. Nie mogłam wykrzesać z siebie ani cienia euforii, której jeszcze do niedawna byłoby mnóstwo z powodu tej nieoczekiwanej przemiany. Poza tym, te dwa małe rozbrykane brudasy nie są w stanie zastąpić mi moich ukochanych kocurów, pomyślałam. Zignorowałam zaczepki moich skarpet, które te dwa karły toczyły u mych stóp i zamknęłam dokładnie drzwi, żeby przypadkiem nie wlazły mi do pokoju. Położyłam się do łóżka z nikłą nadzieją, że może wreszcie odpocznę. Niestety sen był ostatnim gościem jakiego mogłam się spodziewać dziś w nocy. Nad ranem telefon wydzwaniał non stop, kiedy to Klops był widziany jednocześnie we wszystkich rejonach Bielska przez ludzi zmierzających do pracy (NIGDY, pod żadnym pozorem nie gubcie prążkowanego burego kota - większa jest już chyba tylko liczba atomów tlenu na świecie!). W ciągu dnia tendencja była podobna. Cieszyłam się, że zainteresowanie było tak duże, choć trudno było sprawdzać każde zgłoszenie - nas w Bielsku nie było, a liczba ludzi "dobrej woli" na miejscu była ograniczona. Na wieczór zaplanowaliśmy wielką akcję poszukiwawczą. Możecie uważać, że wszystkich nas powinno się wsadzić do czubków, ale MUSIELIŚMY znaleźć Klopsa. Rodzina to rodzina, a Klops, nawet taki autystyczny, do tej rodziny należał. Uzbrojeni w psa (niestety niezbyt tropiącego, ale zawsze to pies) i latarki byliśmy gotowi szukać go do rana. Trochę się bałam, że wcześniej zgarnie nas policja (też bym zadzwoniła, gdyby w ciemną noc banda ludzi chodziła po ogrodach z latarkami), ale los nam sprzyjał. Poza tym po Bielsku krążyła już podobno legenda o wariatce, która rozpaczliwie szuka swojego kota przy pełni księżyca ("Kota, serio? Dziecka to bym może szukał, ale KOTA?!"). Widocznie była popularniejsza niż sądziłam. Zaczęłam od tych samych ogródków, w których Klopsa zgubiłyśmy dwa dni wcześniej. Świeciłam latarką we wszystkie możliwe szczeliny. Przez 15 minut naliczyłam z tuzin jeży i żadnego kota. Stosowałam się do rad z forum, które dawali inni kociarze i nawoływałam Uciekiniera bez przerwy. Nic... Chwila! Coś jest! Tak, to na pewno kocie gały! Nie przestawałam wołać i zbliżałam się do miejsca, w którym świeciły się oczy. Nie wiedziałam czy to Klops i nie wiedziałam czy, cokolwiek to było, nie zwieje, kiedy spróbuję go dotknąć. Dlatego zrobiłam coś głupiego. Z bijącym sercem złapałam szybko zwierzę za kark, uniosłam i zamknęłam w żelaznym uścisku, żeby TO COŚ, czymkolwiek było ani się nie uwolniło, ani mnie nie podrapało. Biegiem pognałam do samochodu, zamknęłam się w nim i dopiero wtedy odważyłam przyjrzeć zwierzęciu. Zwolniłam uścisk i spojrzałam w pysk zwierzęciu. Matko, co za ulga! KLOPS!!! *Klops znalazł się trzeciego dnia poszukiwań, w dziurze na tyłach budynku, w którym mieści się przychodnia weterynaryjna, pod którą go z mamą zgubiłyśmy. Znalazł się w nocy w Święto Zmarłych, 1 listopada. Dzięki Ci Ćpunku! Edytowane przez kotzwasem Czas edycji: 2014-10-18 o 11:00 |
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#4 |
Nie depcze krokusów
Zarejestrowany: 2004-08
Wiadomości: 53 233
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
Fajnie, że się znalazł
![]()
__________________
- Rób swoje, wiedźminie. Resztą się nie turbuj.
Geralt solennie obiecał sobie nie turbować się. |
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#5 |
Przyczajenie
Zarejestrowany: 2014-04
Wiadomości: 22
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
Tak naprawdę to nawet po kilku latach
![]() ![]()
__________________
http://kotzwasem.blogspot.com/ - blog, który prowadzę ze swoimi dwunastoma kocurami, psem i... naiwnym chłopakiem, który to wszystko toleruje ![]() |
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#6 |
Zakorzenienie
Zarejestrowany: 2006-02
Lokalizacja: Warszawa
Wiadomości: 7 002
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
Przyznaję bez bicia, że nawet nie próbowałam tego przeczytać, ale każda kocia mama jest tu mile widziana. Tylko na przyszłość trochę skracaj posty
![]() |
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#7 | |
Zakorzenienie
Zarejestrowany: 2012-07
Wiadomości: 3 546
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
Cytat:
![]() Bardzo mi się podoba Twój styl pisania, mogłabym wciągnąć tak napisaną książkę w jeden dzień ![]() |
|
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#8 |
Zadomowienie
Zarejestrowany: 2009-06
Lokalizacja: Valhalla
Wiadomości: 1 024
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
O matko, świetna historia, super się ją czytało
![]() Też miałam takiego kota jak twój Ćpun - szłam do szkoły i czuję mocz - no a jakby inaczej, wspaniała kotka nasikała mi na torbę, każdy podręcznik, każdy zeszyt, każdy zestaw ćwiczeń w gimnazjum miałam zaznaczony sikiem. Jak nie mogła dostać się do brata pokoju, to poszła parapetem zrobić mu bobki obok łóżka na którym spał. W domu zero kwiatków, zero doniczek, zero jedzenia na stole, zero dywanów ![]() |
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#9 |
Zakorzenienie
Zarejestrowany: 2012-07
Lokalizacja: Warszawa
Wiadomości: 4 341
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
Tez bardzo mi sir podoba to jak piszesz
![]() Wysłane z mojego GT-I8190 przy użyciu Tapatalka |
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#10 |
Zakorzenienie
Zarejestrowany: 2008-10
Lokalizacja: 7th heaven
Wiadomości: 4 506
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
Esfira, żałuj
![]() Autorko, bardzo przyjemnie się czytało, zaraz lecę na Twojego bloga ![]()
__________________
08.04.2008 |
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#11 | |
Zakorzenienie
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
Cytat:
![]() ![]() |
|
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#12 |
Przyczajenie
Zarejestrowany: 2014-04
Wiadomości: 22
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
2 i 3
Jeszcze przed chwilą nie miałam w domu nic miauczącego (pies piszczący o czekoladę się nie liczy). Teraz po mieszkaniu wałęsały się 3 kocury. Czyli o jakieś 2 za dużo. Obrady co począć z kocią nadwyżką trwały w najlepsze, tymczasem rzeczona nadwyżka pozwoliła sobie zamieszkać w dziurze pod wanną i niczym stwór z dziecięcych koszmarów wyłaziła nocą, by wpełznąć nam do łóżek. Kociaki nie były oswojone, a ich fucząca powierzchowność nie budziła raczej sympatii wśród ławy przysięgłych, która miała zadecydować o ich losie (choć w jej składzie była moja "Nagle Wielka Kociara" mama). Klops warujący pod drzwiami łazienki i pilnujący, by to [w jego mniemaniu] kocie zło z niej nie uciekło, raczej przesądził sprawę... _________________________ _____ Pewnego dnia, w tym innym życiu, tym które toczyło się jeszcze z udziałem Ćpuna, jakieś milion galaktyk dalej (przyp.autora >>czyli tydzień temu) wracałam z mamą ze sklepu. Za cholerę nie przyszło mi wtedy do głowy, że lada chwila zostanę złodziejką kotów. A jednak, 10 minut później biegłam co sił do domu z wierzgającym i gryzącym na oślep czarnym kociakiem pod pachą. Mama biegła tuż za mną. Z czarno-białym. Tak samo milusińskim. Normalnie (nie)legalnie ukradłyśmy koty spod sklepu! (Co nam <ciach - rażące słownictwo>, spytacie. Ja też się zastanawiam, bo chociaż swoje wariactwo znam i akceptuję, tak matka zawsze była normalna). Koty zauważyłyśmy pod autem. Wciąż rozważam, który wyglądał gorzej - czarny, który wyglądał jakby mu zgniły oczy, czy czarno-biały, któremu przez krwiste strupy na szyi prześwitywała tchawica. Nawet taki zagorzały wróg kotów jak moja rodzicielka zna miłosierdzie i choć koty były dzikie, a ich złapanie kosztowało nas trochę krwi i znoju, ostatecznie zostały zabrane do weterynarza. Choć przegryziona tchawica u jednego rokowała całkiem dobrze, tak zdiagnozowana panleukopenia u drugiego skreślała właściwie ich obu. - Nieuleczalna. Fatalny stan. Odwodniony... - poszczególne słowa pani weterynarz docierały powoli. Godzinę temu jeszcze nie wiedziałam o jego istnieniu, a teraz żal mi było, że to istnienie dobiega końca. Przychodzi to to na świat, małe, bezbronne, pocierpi trochę, a potem umiera cierpiąc jeszcze bardziej, zanim osiągnie rozmiar choćby dorodnego szczura. No przyznacie, że trochę żal? A że wierna jestem przegranym sprawom, a pani Karolina, jak przystało na moją imienniczkę też lubi powalczyć z wiatrakami, zabrałyśmy się do roboty. Dostałam od niej do domu wór kroplówek i tajemnych mikstur z zaleceniem, by póki co powściągnąć wszelki entuzjazm. W tym boju miałyśmy raczej polec. A właściwie nie my, tylko mały czarny kot, który owszem przynosił pecha, ale tylko sobie. Kocury wsadziłam do piwnicy i... jeszcze tego samego wieczoru urządziłam tam sobie randkę. Michał przyszedł jako wsparcie, choć do kłucia kota igłami palił się jeszcze mniej niż ja. Wierzcie mi, nawet ledwo żywe kocie zwłoki wzbraniają się przed niewprawnymi rękami. Po piątej próbie zrobiliśmy przerwę. Podałam Rudemu strzykawkę, by ją odłożył i ze zdumieniem przyjęłam to, co z nią zrobił. - Czy Ty właśnie wbiłeś igłę, którą wkłuwamy w żywy organizm w stary, obleśny piwniczny fotel...Tyy synu lekarki?! Mina Michała świadczyła o tym, że raczej tego nie przemyślał. Z czasem dowiedziałam się, że taki właśnie jest. Inteligentny umysł analityczny i roztargnienie, które gwarantowało mu zaliczanie najgłupszych wpadek. I piegowaty dzieciak, który uśmiecha się z jego twarzy, gdy już zrozumie swój błąd. Właśnie ten głupkowaty uśmiech wtedy pomógł mi zrozumieć, że chyba się w nim zakocham. Nie bez znaczenia był też fakt, że oto on właśnie spędza wieczór w brudnej piwnicy, ze świrniętą laską, która podłącza kroplówkę w jakiegoś bezdomnego kota (byliście kiedyś na dziwniejszej randce?). Po kolejnej godzinie oglądania telewizora, który Rudy wytargał z rupieci i podłączył sobie w ramach urozmaicania randki (Hej, zejdźcie na ziemię! Przecież nie mógł być aż tak idealny!), ponowiliśmy próbę podania kroplówki (po wymianie igły rzecz jasna). Jeśli chcecie zobaczyć efekt rodem z kreskówki Looney Tunes, to podziurawcie skórę kota w dwudziestu miejscach, przepuśćcie przez niego kupę wody, siądźcie wygodnie i podziwiajcie tę nietypową fontannę (żartowałam, nigdy tego nie róbcie!). Kolejne dni, mimo kroplówek podawanych coraz bardziej sprawnie, nie przynosiły poprawy. Krtań biało-czarnego kocurka goiła się, jednak zaczął już wykazywać objawy choroby, która pustoszyła organizm jego brata. Patron przegranych spraw za nic nie chciał się wstawić za tymi maluchami, a my powoli musieliśmy rozważać opcję skrócenia ich cierpienia. Z czarnym było tak źle, że każdego dnia wkładając rękę do szczeliny, do której wpełzał, by tam cicho gasnąć, zastanawiałam się czy dotknę zimnego, czy wciąż jeszcze ciepłego futerka... _________________________ Co bardziej wnikliwy czytelnik już zna zakończenie tego rozdziału. A tym, którym coś tam umknęło, już zdradzam trochę przyszłości: Miną cztery lata od śmierci Ćpuna. Wśród licznych głodoZmorów, które zamieszkają w moim domu przez te lata (czego teraz absolutnie nie wiem i nie podejrzewam!), będzie kot o niezwykle elokwentnym imieniu Czarny i jego brat Warkot. Gdy Warkot był małym kociem szczur nadgryzł mu krtań, więc nigdy nie będzie już mruczeć tylko warczeć (jeszcze tego nie wiem, ale z czasem zacznie bardziej być Świniakiem z powodu posiadania słodkiego różowego nochala oraz miłości do wody i brudu - swoją drogą znacie kota, który lubi te dwie rzeczy, podczas gdy cała kocia populacja ich nienawidzi?). Czarny to będzie kot-mutant. Być może z powodu koktajlu antybiotykowo-witaminowego, który walono mu w żyły, gdy w dzieciństwie był umierający. Będzie cierpieć na syndrom wiecznie pustego brzucha i stale modlić się do boga-puszki z kocią karmą. ...a tymczasem wróćmy do teraźniejszości, czyli roku 2010! ;-)
__________________
http://kotzwasem.blogspot.com/ - blog, który prowadzę ze swoimi dwunastoma kocurami, psem i... naiwnym chłopakiem, który to wszystko toleruje ![]() Edytowane przez monika_sonia Czas edycji: 2014-12-01 o 19:46 |
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#13 |
Zakorzenienie
Zarejestrowany: 2006-02
Lokalizacja: Warszawa
Wiadomości: 7 002
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
Może lepiej opisuj te historie na blogu?
![]() |
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#14 |
Przyczajenie
Zarejestrowany: 2014-04
Wiadomości: 22
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
4
Skądinąd wiecie już, że mam trzy koty (...i jednego skociałego psa). Czwarte wcielenie ziemskie Ćpuna spotkałam na studiach. Było żywym szkieletorem zamieszkującym śmietnik na tyłach mojej uczelni. Wtedy było mi jej zwyczajnie żal (nie od dziś wiadomo, że dieta studencka to dieta mocno fit - no spróbuj cwaniaku utuczyć się na paprykarzu szczecińskim!), teraz, kiedy już mam tego darmozjada w domu wiem, że po prostu musi mieć jakieś bliskie relacje z tasiemcem (choć jak Matkę kocham, odrobaczam koty co trzy miesiące!). Okoliczności naszego spotkania nie były jakieś spektakularne, ot chudy niedołężny kot dziobany przez ptaki na tyłach budynku mojego wydziału, nie ma co dramatyzować tej sceny. Warto by wspomnieć o tej kotce z powodu jej niezwykłego charakteru. I uprzedzam solennie - niech ulecą z Waszych głów jakieś niedorzeczne marzycielskie wyobrażenia o kocie ratującym dziecko, które wiedzieliście na Youtub'ie. To nie taka historia. Tę wredną sucz nazwaliśmy Pipką (i było to zanim o Pupie Pipy usłyszał cały świat!). Wybredna, zawsze na nie, humorzasta jak baba z kawałów i tak samo jej się dziób nigdy nie zamyka - to tak na początek. Fenomenem Pipki jest jednak jej zamiłowanie do ucieczek. Do tego stopnia, że nawet w umysłach naszych sąsiadów figuruje jako Wielki Uchodźca... Wróciłam do domu totalnie zmarznięta, chlupiąc wodą w balerinkach. Dopadłam kuchni, wstawiłam wodę na herbatę, żeby się trochę ogrzać i oddałam się przyjemności bycia witaną w domu przez stęsknione (głodne) koty. – Cześć wstrętna uciekinierko. – fuknęłam na Pipkę, głaszcząc ją z roztargnieniem po futerku. Mama zdążyła mnie już telefonicznie uprzedzić, że ta franca znowu zwiała. Ale zaraz,zaraz... TO NIE JEST PIPKA! TO NIE JEST MÓJ KOT! PODMIENILI MI KOTA!, myślałam w panice. Niby podobna, ale jakaś taka mniejsza. Jaśniejsza. Mięciutka jak kiciuś. Mrucząca. Kochana. Niepipkowa. Nie zdążyłam nawet dobrze pomyśleć, kiedy na blat kuchenny wskoczyła… druga Pipka. Spojrzałam na oba koty zdezorientowana i wtedy uświadomiłam sobie, że oczami kota „nie Pipki” patrzy na mnie Tosia, kotka mieszkająca dwa piętra niżej, kolejny zbieg z naszego blokowego Alcatraz. – Faktycznie jesteście podobne! – Uzmysłowiłam sobie źródło pomyłki. Asia, nasza sąsiadka z naprzeciwka, musiała spotkać Tośkę na klatce schodowej i założyła, że to nasz kot, a że ma klucze, wpuściła ją do mieszkania pod naszą nieobecność. Ot cała historia! – Pipka, masz siostrę bliźniaczkę. – zwróciłam się do mojej kotki. – „Pfff, smarkula wcale niepodobna, pewnie nawet muchy nie umie złapać.” – (oczywista oczywistość, jak przystało na czubka, odpowiedź usłyszałam w swoich własnych myślach). Zdawało się, że Pipka nie jest ani trochę zainteresowana pogłębianiem więzi rodzinnych, wzięłam więc Tosię pod pachę z zamiarem oddania jej nim u sąsiadów wybuchnie panika. Zbiegłyśmy na dół, zastukałam w drzwi i… za późno. Cała rodzina pełzała już po parkingu szukając zguby. Na początku Pipkę pociągała tylko klatka schodowa i rośliny, które można było bezkarnie tam rzuć i miętosić (rzecz jasna kwiatki w domu dawno poszły precz). Porzuciłam więc wszystkie <ciach - usunięcie wulgaryzmu> jakie cisnęły mi się na usta, gdy kotka przebiegała mi pod nogami z chwilą otwarcia drzwi wejściowych i przyzwoliłam na to klatkowe hasanie. Po dwóch godzinach zazwyczaj grzecznie prosiła na wycieraczce by wpuścić ją z powrotem do domu. Patent świetnie się sprawdzał... do czasu. Godzina pierwsza w nocy. Pora spać, pomyślałam i chcąc to właśnie uczynić, zajrzałam do kuchni, by powiedzieć mamie dobranoc. – Chodź, zobacz. Jaki podobny do naszej Pipki! – rodzicielka wskazywała na coś za oknem. Faktycznie, nawet tak samo wynędzniały, pomyślałam obserwując kota, który maszerował krok w krok za wystraszonym jeżem. Ze dwie minuty impuls szedł mi do mózgu (składam to na karb później pory) – wróciłam do domu o dwudziestej drugiej i... o w mordę jeża jeżozwierza <ciach - usunięcie wulgaryzmu> ! Przecież Pipka wyleciała mi wtedy na klatkę! Jakby się tak zastanowić, bikerki ze złotą klamrą niekoniecznie pasują do stylizacji z flanelową piżamą w pingwiny, ale po kota zbiegłam natychmiast. Koniec końców Pipka nie okazała się aż taką wstrętną pipą. Wciąż towarzyszy mi na wieczornych spacerach z psem i ciężko ją od tego zwyczaju odwieść. Świat mocno ją intryguje. Nie toleruje szelek, nie ma mowy o smyczy. Kompromisem jest różowa obróżka z dzwoneczkiem!
__________________
http://kotzwasem.blogspot.com/ - blog, który prowadzę ze swoimi dwunastoma kocurami, psem i... naiwnym chłopakiem, który to wszystko toleruje ![]() Edytowane przez monika_sonia Czas edycji: 2014-12-01 o 19:45 |
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#15 |
KOTerator
Zarejestrowany: 2011-01
Wiadomości: 7 344
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
Proszę o edycję rażącego słownictwa, przekleństwa wyczaszkowane/wykropkowane/wygwiazdkowane to wciąż przekleństwa, za kolejne polecą kartki. Język polski jest na tyle bogaty, że bez problemu można wyrazić swoje myśli bez wulgaryzmów
![]() |
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#16 |
Przyczajenie
Zarejestrowany: 2014-04
Wiadomości: 22
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
5
Niech ziemia Ci lekką będzie, Babciu. Kolejny kot wywrócił nasz dom do góry nogami. Nie, nie, absolutnie pięć kotów to jeszcze nie apokalipsa, spokojnie. Ale babcie, które ni stąd ni zowąd wprowadzają się do Waszego malutkiego mieszkanka wraz z kotem i z tym Niemcem, co wszystko kradnie, to już kiła i mogiła, pomieszanie z poplątaniem i dopust Boży w jednym. Naszą babcię, Alzheimera i ich kotkę zabraliśmy kiedy już było jasne, że pozostawieni sami sobie spalą się niechybnie od zapomnianego czajnika na gazie. Babcie skąd się biorą to każdy wie, natomiast kotka wzięła się z osiedlowego śmietnika kiedy to dwa lata temu łapałam ją na mrozie w celu podarowania wyżej wymienionej babci. Kot to był nie byle jaki, bo brytyjski i warto było dla niego się trochę odmrozić (nim wszyscy się zbulwersują: 1. Daleko mi do kociego rasizmu, osobiście biorę co się nawinie, ale babcia słynie trochę z próżności, a że się nawinął rasowy...^^ 2. Nikomu kota nie zakosiłam, dostałam błogosławieństwo od kociary z rewiru, która zaświadczy, że kota dokarmiała już od trzech lat!). Zalety Pamci, naszej piątej odsłony kociej klątwy, zaczynają się na jej wyglądzie. Piękne srebrne futerko (kupa futra trzeba by rzec) i słodkie grube łapki. No i tu właściwie też te zalety się kończą. Pamcia jest brytyjsko powściągliwa i wręcz przez nas nielubiana. Jej angielski humor przejawia się w sikaniu nam na łóżka. Cierpi na manię wyższości i kompletnie nie interesują ją przyjaźnie z resztą bandy. Niestety teraz już vice versa. Jej zachowanie wydaje się być zemstą za porwanie jej z mieszkania, które dzieliła z moją babcią, gdzie jej jedyną funkcją było po prostu "bywać widzianą" (najlepszy kot do towarzystwa ever!) i umieszczenie w schronisku, w które najwyraźniej zmienia się mój dom. Alzheimer też nie był łatwym lokatorem. Czasem zabierał moją babcię w podróże, które zdawały się nie mieć końca. Paradoksalnie, babci stojącej teraz obok mnie było znacznie mniej niż kiedyś, w innym mieście, oddalonym o 30 kilometrów. Czasem jednak Alzheimer bywał łaskawszy - podarował nam kilka chwil, które będę nosić w sercu i w pamięci przez wiele lat. Na przykład wczoraj. – Wzięłam sobie majtki z suszarki. – oznajmiła mi babcia kiedy wróciłam do domu. Sensacja dnia, powiecie. A ja mimo to zainteresowałam się sprawą. Rzuciłam okiem na wiszące pranie. Tak jak mi się wydawało, na sznurku wisiał cały rządek wyżej wspomnianej bielizny. Mojej i tylko mojej bielizny. – Babciu, a co to były za majtki? – spytałam, choć już podejrzewałam. Babcia z entuzjazmem zadarła spódnicę, bym mogła je sobie dokładnie obejrzeć. Widoku nie będę Wam opisywać, bo i tak by tu tego nie opublikowali. Dobrze się domyślacie. Moja babcia mająca posturę standardowych babć (210/200/210) wcisnęła na siebie moje koronkowe figi w rozmiarze XS! Z trudem stłumiłam śmiech. No jak można nie kochać mojej babci? Pamcię z czasem też musieliśmy pokochać. Zwłaszcza kiedy babcia porzuciła luksusy naszego wypasionego kamerlika i wyprowadziła się do przestronnego domu naszej cioci, a kota... zostawiła nam w spadku.
__________________
http://kotzwasem.blogspot.com/ - blog, który prowadzę ze swoimi dwunastoma kocurami, psem i... naiwnym chłopakiem, który to wszystko toleruje ![]() |
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#17 |
Przyczajenie
Zarejestrowany: 2014-04
Wiadomości: 22
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
6
Frankenstein zwany raczej Frankiem zawitał na nasze osiedle w czerwcu 2011 roku. Wtedy nie był jeszcze Frankiem, tylko kolejnym bezdomnym kotem, który dotarł do naszej budki w poszukiwaniu jedzenia. A że jedzenia było dużo i zawsze - został. Polubiłam go jakoś szczególnie, bo wśród innych kotów wyróżniał się obrzydliwą bezczelnością i sprytem. Nie przychodził jak inne raz, dwa razy dziennie sprawdzić, czy może w miskach coś się ostało. Gdy był głodny, wyczekiwał pod moją klatką na żarcie „z pierwszej ręki”. Frankensteinem stał się wraz z nadejściem zimy, która zmuszała koty szukać ciepła wśród samochodowych silników. Spokojna dlań noc zakończyła się bolesnym porankiem i zerwaniem skóry z grzbietu. Kot wyglądał strasznie. Rana miała kształt prostokąta 5x15 cm i goiła się koszmarnie. Wszelkie moje próby zdezynfekowania tego miejsca (choćby i z daleka!) kończyły się syczeniem i grożeniem mi zębami. Franki był dzikim kotem, mogłam więc tylko patrzeć i życzyć mu, by rana się zabliźniła. Życzenie w końcu się spełniło i zima, nawet przy największych mrozach, upływała nam spokojnie, a po przykrym epizodzie pozostało tylko imię. Franek choć bystry, nie uczył się wcale na własnych błędach. Pod koniec lutego znów spotkał się z samochodowym silnikiem. Nikt nie widział dokładnie co się stało, ponoć urwało mu ogon. Legowisko w kociej budce było przesiąknięte krwią, lecz po Franku nie było śladu. Rozglądałam się za nim tydzień. Po drugim tygodniu straciłam nadzieję. Obrażenia musiały być bardzo poważne, myślałam. Wyobrażałam sobie, że zdycha gdzieś (tak, zdycha, nie umiera, bo bolesne gaśnięcie w jakiejś dziurze, nigdy nie będzie umieraniem) w męczarniach i bardzo powoli. W połowie marca do budki zawitał jako żywy trup. Łzy z oczu wyciskał już okropny smród zgnilizny, nie wspominając o przykrym wyglądzie kota. Ogon nie został całkowicie odcięty. Pękła kość i przebiła skórę, a obrzydliwe, wyschnięte truchło zwisało na jej kawałku. Kot chodził sztywno, na wyprostowanych tylnych łapach, a z każdym jego krokiem wydawałam w myślach jęk, jaki wywoływałby u mnie taki ból. Zdusiłam płacz i pobiegłam do domu po pomoc. Długo próbowaliśmy go złapać i na różne sposoby. Niestety kot, choć oszalały z bólu wciąż był dzikim zwierzęciem, któremu instynkt nakazywał uciekać. Karmiłam go więc, gdy przychodził, choć były to wizyty rzadkie i nieregularne. Nie miałam możliwości monitorowania jego stanu, modliłam się tylko, by szczęście uśmiechnęło się do niego po raz drugi. Zdawałam sobie jednak sprawę, że martwy, gnijący ogon przytwierdzony do reszty ciała to odroczony wyrok śmierci. W połowie kwietnia ogon, choć całkowicie martwy, wciąż dzielnie trzymał się reszty ciała. Kot był cały brudny, posklejany, mokry od jakiegoś śluzu. Tylne łapy były prawie całkowicie łyse i pokryte gdzieniegdzie skorupą. Wlókł je za sobą (razem z tym cholernym ogonem), co jakiś czas potrząsając nimi jakby chodził po wodzie. Smród był nie do wytrzymania i nie pozostawiał wątpliwości – gangrena zaatakowała resztę ciała. Wyobraziłam sobie jak Franek umiera z głodu nie mogąc wyczołgać się spod jakiegoś samochodu. Wyobraziłam sobie jak żywcem zjadają go robale, które skusiły już pierwsze upały. Wyobraziłam sobie jak to wszystko musi piekielnie boleć i nie mogłam już zwlekać. Następnego dnia uzbrojona w klatkę-pułapkę byłam gotowa łapać go choćby gołymi rękami. Krew się jednak nie polała i piętnaście minut później wiozłam Franciszka w jego pierwszą, a zarazem ostatnią podróż. Na miejscu Franek nie dał sobie podać zastrzyku. Gryzł i drapał na oślep i było w nim tak dużo życia… Musiałam go zostawić i przyjść za dwie godziny, kiedy drugi weterynarz będzie mógł pomóc. Wróciłam ze ściśniętym żołądkiem gotowa pożegnać się z dzikusem. – Oo, już pani jest, amputowaliśmy mu ten ogon. – zaczął pan doktor jeszcze w poczekalni. – Jak to, nie uśpiliście go?! – powiedziałam niemal z wyrzutem. – A to mieliśmy go uśpić tak na amen? – dopytywał, a ja zaskoczona tak nagłym zwrotem wydarzeń, nie potrafiłam odpowiedzieć na wybuch śmiechu, który wywołała w klinice nasza absurdalna wymiana zdań. Śmiertelny wygląd Franka nie budził dyskusji, martwica była zaawansowana, ale do opanowania, dzięki amputacji; kot wyglądał źle, bo z bólu ciągle się lizał, co spowodowało łysienie, a szorstki język dodatkowo podrażniał skórę. Zdiagnozowano u niego również silną alergię na pchli jad (zaropiałe, trudno gojące się rany były wynikiem zapchlenia). Trzymając klatkę z kotem-nie trupem w jednej ręce i kuracją antybiotykową na 10 dni w drugiej, opuściłam przychodnię. Stanęłam oko w oko z nowym zmartwieniem: gdzie mam trzymać dzikiego kota aż do ściągnięcia szwów?! Dzień po tym zwariowanym dniu spisuję tę historię. Zamknięta z Frankiem w swoim pokoju ignoruję wycie moich kotów po drugiej stronie drzwi, domagających się ich natychmiastowego otwarcia. Franek leży gdzieś w pobliżu mnie, ale wciąż nie chce ze mną gadać. Właśnie obejrzałam trzyodcinkowy program Jacksona Galaxy i jestem gotowa stawić czoła kotu z piekła rodem. Franio jest dziki, to fakt, ale taka stuknięta historia zasługuje tylko na dobre zakończenie!
__________________
http://kotzwasem.blogspot.com/ - blog, który prowadzę ze swoimi dwunastoma kocurami, psem i... naiwnym chłopakiem, który to wszystko toleruje ![]() |
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#18 |
Przyczajenie
Zarejestrowany: 2014-04
Wiadomości: 22
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
7
Natarczywy dzwonek domofonu o 8 rano w wolny dzień - kocham. Czyli niemal zawsze ignoruję. A jednak mimo to, nie wiedzieć czemu jakaś Złośliwa Wyższość sprawiała, że sturlałam się z łóżka i powlokłam do przeklętego sprzętu, który śmiał zburzyć mój cudowny plan zalegania w wyrze do głębokich odleżyn. - Dzień dobry, czy tu mieszka dziewczynka, która zajmuje się kotami? - zabrzmiał w głośniku mój prześladowca. Prześladowca, czyli jakaś wariatka, nie domofon. - Jaka dziewczynka??! - zapytałam całkiem wartko i rozsądnie, choć pytanie Wariatki wydawało się być z serii tych "od czapy" (coś na pograniczu zajawki akwizytora sprzedającego garnki i podrywu świadków jehowy). - Nooo jeden pan mi powiedział, że tutaj mieszka dziewczynka, która ratuje koty. To Ty? Bo dziś rano podrzucili nam do ogródka małego kotka i ja nie wiem co z nim zrobić i chodzę tak i pytam, czy ktoś by go nie wziął i ktoś mi powiedział, że może Ty, no i podali mi ten adres... Krótka przerwa w narracji na osobiste notatki: 1. Zabić, zamordować i ukatrupić idiotę, który puszcza w świat takie pogłoski. A potem na wszelki wypadek jeszcze go uśmiercić, ubić, położyć do piachu i zamknąć na wieki wieków amen. 2. Kto do jasnej ciasnej pociska takie bzdury na osiedlu?! 3. To już wiesz czemu ostatnio 3 razy z rzędu sąsiedzi meldowali ci o kocich zwłokach na ulicy. 4. Taka ze mnie dziewczynka, jak z głodoZmorów poszczący weganie... Ok, wracamy: - Przepraszam, ale ja nic nie rozumiem? - choć tak naprawdę rozumiałam. W oczach sąsiadów najwyraźniej rosłam na Violettę Villas, mimo, że pilnowałam się by na wieczorne dokarmianie kotów chodzić zawsze umalowana, w fajnych ciuchach i pokazywać się publicznie od czasu do czasu z chłopakiem. Najwyraźniej mój przekaz "Nie, nie jestem typową starą kociarą, nie mam świra i mam przed sobą perspektywy zamążpójścia" nie był wystarczająco czytelny dla otoczenia. - Dobra, nieważne. Niech pani wejdzie na górę. - wpuściłam ją do klatki i pobiegłam po szlafrok, ugładzając fryzurę wystylizowaną przez sen (no co, przecież walczę ze stereotypami!). Otwarłam drzwi i mym oczom ukazał się szarobury kartonik z szaroburym kociakiem wewnątrz. Nie wiem co sprawiło, że zadeklarowałam się przygarnąć kotka i poszukać mu domu. Na pewno nie fakt, że w domu przebywał już Kot "nie dotykaj mnie i nie patrz na mnie" Franek i mój najnowszy nabytek - uwaga! pisklę sójki. Czyli coś, czego po prostu bezwarunkowo brakowało i co było niezbędne w domu zamieszkałym przez 6 kotów. Niestety Stefan, nasze ptaszysko, był z nami tylko 2 dni (nie, nie umarł, i nie został pożarty, czytaj dalej!). Szybko zdałam sobie sprawę, że zdjęcie mojego mieszkania mogłoby być zamieszczone w słowniku języka polskiego pod hasłem "ptasie piekło". No i stała asysta kotów byłaby raczej szkodliwa dla dorastającego ptaka. Poza tym (i tu rada dla każdego, kto kiedyś znajdzie pisklaka), ptaki "podchowane" przez człowieka nie mogą wrócić na wolność, bo nigdy nie będą w pełni samodzielne. Szczęśliwcy posiadający dom z ogródkiem mogą zamontować karmnik i cieszyć się bliskością oswojonego ptaszyska. Ja nie mam, więc Stefan został odwieziony do Schroniska dla Dzikich Zwierząt w Mikołowie. Trafił do ptasiego sierocińca, gdzie wraz z innymi Sójkami-sierotami będzie musiał ogarnąć latanie i kilka innych, przydatnych ptakom umiejętności. Sójki na przykład są takimi naszymi polskimi papugami - świetnie naśladują głosy zwierząt, z którymi miały wcześniej do czynienia, np. miauczenie kota, czy nawoływanie myszołowa. To tyle mało kocich dygresji. N/N, czyli kot nazwany roboczo Czupakabrą, nie posiadał stałego imienia, ponieważ z powodu jego diabelskiego charakteru długo wisiała nad nim groźba wywalenia (na początku myśleliśmy, że to jakiś zły człowiek zostawił go pod blokiem, ale ja jestem prawie pewna, że to własna matka przyniosła go w zębach i zostawiła z myślą "albo on albo moje biedne zszargane nerwy... których i tak pewnie nie będzie się dało połatać po tym, co uczynił z nimi ten mały koci pomiot!"). Chętni do adopcji Czupka nie walili drzwiami i oknami. Po dwóch miesiącach oczekiwań musieliśmy spojrzeć prawdzie w oczy - nikt od nas nie weźmie tego małego słodkiego <bądź co bądź> gnoja. Nie mogliśmy wówczas wiedzieć, że przytrafiła nam się niebywała okazja - bo chociaż Długi z czasem osiągnął wymiary słusznego psa, wewnątrz był najbardziej przymilnym kiciusiem jakiego poznałam w swojej krótkiej, acz zawrotnej karierze Violetty. A czy ja i dziki Franek zostaliśmy z czasem najlepszymi przyjaciółmi? Nie. Czy zostaliśmy przyjaciółmi? Nie. Czy lubimy się chociaż? Nie. Nie. Nie. Historia Franciszka to nie bajka i gdybym miała opisać nasze relacje dyplomatycznie użyłabym określenia "tolerujemy się". Nie zrozumcie mnie źle, nie jestem psycholką trzymającą dzikiego kota na siłę. Problem z Frankiem jest taki, że on ani nie lubi ludzi, ani nie chce wrócić na dwór, choć wielokrotnie miał możliwość. Wspaniałomyślnie pozwoliliśmy mu więc pomieszkiwać w naszym domu, wylegiwać się na naszych meblach i obciążać nasz domowy budżet kolejną gębą do wykarmienia. Franek w zamian daje nam na siebie popatrzeć (minimalna dopuszczalna odległość 2 metry), pozwala się karmić z ręki (tylko trzeba przyswoić sobie umiejętność rzucania jedzeniem w dal) i znosi jakoś okazywanie uczuć (całym sercem zdeklarowany wyznawca tumiwisizmu). Życie z Franciszkiem najgorsze jest nocą - wstajesz sobie w środku nocy, idziesz spokojnie do toalety i nagle syczy na Ciebie... ciemność (podstawowa zasada naszego wspólnego bytowania: możesz Franka nie zauważyć, on zauważy Cię zawsze i zawsze zasygnalizuje jak bardzo mu się ten widok nie podoba). Mimo wrogiego nastawienia, z jakiegoś powodu od samego początku postanowił dzielić ze mną łóżko. Jak tylko zasnę/wyglądam jakbym spała, Franek układa się tuż obok mojej głowy (teraz, po dwóch latach, już prawie pokonałam obawę, że udusi mnie ogonem lub poderżnie gardło we śnie). Reaguje na imię bezbłędnie za każdym razem, w przeciwieństwie do głodoZmorów, które tylko czasem, jak im się zachce (ale nie częściej niż raz na tydzień). Nie boi się psa, wpasował się w resztę stada i czasem nawet sprawia wrażenie, że lubi z nami mieszkać. Być może nigdy nie będzie mi dane go pogłaskać (zdarzyło się to raz - kiedy był w narkozie po kastracji), i być może zawsze zabranie go do weterynarza będzie poprzedzone łowami dzikiego rozjuszonego tygrysa w gumowych rękawicach, ale naiwnie wierzę, że na swój sposób Franek jest z nami związany... i nie jest to tylko związek koci brzuch&pełna micha!
__________________
http://kotzwasem.blogspot.com/ - blog, który prowadzę ze swoimi dwunastoma kocurami, psem i... naiwnym chłopakiem, który to wszystko toleruje ![]() Edytowane przez kotzwasem Czas edycji: 2014-12-19 o 01:20 |
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
#19 |
Przyczajenie
Zarejestrowany: 2014-04
Wiadomości: 22
|
Dot.: o kocie, który umarł i wrócił...jakieś 12 razy!
8
Przy siódmym kocie naszły mnie wątpliwości. Ile kosztuje przeciętnie nakarmienie siedmiu kotów? Ktoś w ogóle tyle ma, żeby mi podpowiedzieć?! Odpędzając wizje spaślatej Pamci, obgryzającej moje martwe, wychudzone ciało, leżące na podłodze (czyli tam gdzie padło wyczerpane po tygodniach niedojadania, odmawiania posiłku na rzecz pazernych bestii, z którymi mieszkało pod jednym dachem), albo co gorsza, siebie samej pochłaniającej kocią karmę z obłędem w oczach, postanowiłam się zabezpieczyć. O tak - zdecydowanie musiałam znaleźć pracę! Zajęcia na studiach nieco ograniczały mi rozpoczęcie kariery, zresztą i tak nie miałam bladego pojęcia co tą karierą miałoby niby być. Zawód po kierunku powiecie. Nic z tych rzeczy. Byłam przeciętnym studentem, takim co to zmierza w sobie tylko nie znanym kierunku. Po miesiącu na Politechnice, zaliczając hattricka z matematyki (uściślając, nie były to piątki - raczej trzy kapy na czysto) wiedziałam przynajmniej jedno: muszę studiować coś, co nie ma w programie tego przedmiotu. Nawet przez jeden semestr. I tak, jako studentka Filologii Polskiej, stałam właśnie przed życiowym wyborem. Roznosiciel ulotek? Niee, chyba trochę wyżej. Dostawca pizzy? Oblałaś test na prawo jazdy matole drogowy. Wielokrotnie. Zapomniałaś? Recepcjonistka? Sprzedawca? Sekretarka? Do bani. Może opiekun zwierząt w zoo? A mało ci bydła w domu? Ostatecznie, postanowiłam swoją karierę powierzyć losowi. Po wysłaniu na chybił-trafił miliona pięciuset CV, oddzwonili w sprawie... jednego. Niezrażona wcale tą ewidentną pogardą dla moich umiejętności na rynku pracy, wystrojona zgodnie z poradnikami, zmierzałam właśnie na swoją pierwszą rozmowę o pracę. Miałam się starać zostać asystentką w salonie samochodowym. Proste, zwłaszcza kiedy w snach prześladuje Cię horda głodnych stworów pragnąca zeżreć Twoje serce, które wcześniej sama wyciągnęłaś na dłoni. Cóż, trudno - będę asystentką! Przy samochodzie usłyszałyśmy z mamą (no oczywiście, że nie mogę się sama zawieźć na rozmowę; za co przeklinam mojego egzaminatora!... i drugiego, i trzeciego, i czwartego...) znany sobie dźwięk. Zgodnie jak nigdy, bez uprzedniego porozumienia zignorowałyśmy go. Dźwięk narastał i był coraz żałośniejszy. I choć pilnowałam się ostatnio, by nie patrzeć pod nogi jak idę (mogłabym tam zobaczyć na przykład małego, biednego kociaka bez ogona), ani nie otwierać drzwi obcym ludziom (ktoś mógłby przecież przynieść małą, biedną znajdę dziewczynce od kotów), nie mogłyśmy przecież przemielić kota silnikiem. - Co za durny sierściuch włazi do silnika w środku lata?! - nie mogłam po prostu przełknąć tej ewidentnej porażki w unikaniu kotów. Przekonana, że ktoś mi normalnie je bezczelnie podrzuca wściekłym ruchem podniosłam maskę samochodu. Na samym środeczku siedziało małe wystraszone kocie ustrojstwo, które w pierwszej chwili przypominało mi gremlina. I w kolejnej. I po dwóch latach nawet. W takich właśnie okolicznościach do naszej zdrowej na umyśle inaczej rodziny, dołączył Gizmo, nasz ósmy kot.
__________________
http://kotzwasem.blogspot.com/ - blog, który prowadzę ze swoimi dwunastoma kocurami, psem i... naiwnym chłopakiem, który to wszystko toleruje ![]() |
![]() ![]() |
![]() |
![]() |
![]() |
|



Ten wątek obecnie przeglądają: 1 (0 użytkowników i 1 gości) | |
|
|
Strefa czasowa to GMT +1. Teraz jest 15:08.