Mam skórę mieszaną i wrażliwą, której momentami naprawdę trudno dogodzić. Co mam na myśli? Z jednej strony niezwykle łatwo ją obciążyć i nabawić się wysypu niedoskonałości, a z drugiej szybko się odwadnia i reaguje zaczerwienieniem, a w najgorszym scenariuszu - podrażnieniem.
Tak więc potrzebuję w swojej pielęgnacji bogatych w substancje aktywne formuł, ale nie mogą być też zbyt treściwe, bo zapchanie jest wtedy bardziej niż pewne. I tutaj okazują się pomocne maski do twarzy, a w szczególności moje ulubione - te w płachcie. :)
Z maskami od Some By Mi miałam już wcześniej styczność, ale były to maski z serii, którą sama nazywam "basicową". I generalnie nie były złe, ale też nie zdobyły w 100% mojego serca. Tym razem postanowiłam więc dać im znowu szansę, ale celowałam już w inne wersje.
No i warto dodać, że standardowo jak na mnie - przed napisaniem tej recenzji zużyłam kilka opakowań, żeby móc przetestować ją w różnych stanach mojej skóry i wycisnąć z niej jak najwięcej.
Na pewno dużym plusem jest cena - można ją już dorwać za ok. 10 zł, często za nieco mniej. Dlatego jej zakup nie obciąży zbyt mocno domowego budżetu. Dostępność jest też na plus - bez najmniejszego problemu można znaleźć ją w internecie.
Opakowanie jest typowe dla masek w płachcie - saszetka z nacięciami, dzięki którym niezwykle łatwo się ją otwiera. W środku znajduje się starannie złożona płachta. I to miłe zaskoczenie, bo maski z "basicowej" serii od Some By Mi były dość niechlujnie złożone i trudno było je szybko rozłożyć bez uszkodzenia tkaniny.
Płachta jest wykonana z niezwykle przyjemnego materiału, który nie drażni skóry, nawet przy mocno naruszonej barierze hydrolipidowej. Tkanina jest raczej z tych grubszych i nieco sztywniejszych, dzięki czemu nie jest podatna na uszkodzenia.
Sama płachta nie migruje, ale za to lubi się odklejać - u mnie głównie w okolicy brody. Jednak jeśli poświęci się chwilę na jej dopasowanie do twarzy, da się to zminimalizować i nie jest to wtedy aż tak mocno uciążliwe. :)
Na pewno na jej korzyść działa to, że jest obficie nasączona esencją, ale też nie tak bardzo, żeby ślizgała się na skórze. Po wyjęciu płachty jeszcze spora ilość esencji pozostaje na dnie saszetki, więc pozostałości można wklepać w twarz, szyję czy dekolt. Esencja ma intensywny, cytrusowy zapach, ale nie na tyle intensywny, żeby podrażniać oczy i wywoływać ich łzawienie.
Rozmiar? Na pewno jest lepszy niż w wersji "basicowej" - płachta jest nieco większa, dzięki czemu łatwiej jest ją dopasować, a otwory na oczy i usta są dobrze wycięte.
Skład tej maski na pewno jest bogatszy niż w tych z podstawowej serii tej marki.
Znajdziemy tu m.in. sfermentowany wyciąg z grzybów Galactomyces, glicerynę, niacynamid, erytrytol, argininę, adenozynę, witaminę C w postaci kwasu askorbinowego (dlatego raczej nie polecam zostawiać resztek esencji na później, bo może szybko stracić swoje właściwości), pantenol, glutation, różne postacie kwasu hialuronowego, sól dwupotasową kwasu glicyryzynowego, ekstrakty z ryżu, jabłka, brokuła, wiśni japońskiej, kwiatu lotosu i lilii tygrysiej, pantolakton oraz peptyd miedziowy (Copper Tripeptide-1).
Producent zaleca trzymać maskę 10-20 minut. Podczas jej noszenia nie czuć wyraźnego chłodzenia i nie pojawia się dyskomfort w postaci szczypania, pieczenia czy rozgrzania skóry.
Jest jednak jeden warunek - skóra nie może być mocno uwrażliwiona ani mieć naruszonej ciągłości. W takich sytuacjach maska potrafi szczypać i piec, ale dzieje się to na samym początku trzymania jej na twarzy i co najważniejsze - nie jest to na tyle silne, żeby chcieć płachtę zdjąć i zakończyć to traumatyczne przeżycie. :)
Po upływie tego czasu i zdjęciu maski skóra jest wilgotna, a pozostałości esencji bez najmniejszego problemu można wmasować, żeby wchłonęła się całkowicie. Nie jest wyczuwalna lepka czy tłusta warstwa.
Po jej zastosowaniu pierwsze, co rzuca się w oczy, to intensywne rozświetlenie skóry. Wydobywa się z niej zdrowy blask, ale nie jest to przesadzony, nienaturalny efekt, a wręcz przeciwnie. :) Maska na pewno zaskoczyła mnie też siłą nawilżenia, bo jest ono dość mocne. Za każdym razem skóra jest miękka, sprężysta, a drobne linie powstające w wyniku utraty wody znikają. Twarz wygląda nieco młodziej.
Dodatkowo dobrze wpływa na rumień - po tej masce zaczerwienienia stają się o wiele, wiele mniej zaognione, aż są praktycznie niewidoczne. Niestety nie wpływa na wszystkie zaczerwienienia, bo te towarzyszące niedoskonałościom pozostają nietknięte.
Brzmi to całkiem obiecująco, ale… efekty są bardzo ulotne. Następnego dnia nie ma już śladu po pięknym rozświetleniu, ale zostaje jeszcze nieco nawilżenia. Także pod tym względem tak… średnio dowozi.
Nie ukrywam, że doświadczenie z tą maską było miłą odmianą od tego, do czego "basicowa" seria Some By Mi mnie przyzwyczaiła. Efekty na pewno były bardziej zauważalne, a płachta była nieco łatwiejsza we współpracy.
Jak dla mnie ta maska jest godna uwagi, ale szczerze mówiąc, miałam styczność z lepszymi, które nie dość, że bardziej odpowiadają mojej skórze, to jeszcze efekty dłużej się na niej utrzymują.
Zalety:
- przystępna cena
- dobra dostępność internetowa
- rozmiar płachty i dobrze wycięte otwory na oczy i usta - powinny pasować większości osób
- przyjemny dla skóry materiał płachty - nieco grubszy i sztywniejszy, dzięki czemu nie jest podatny na uszkodzenia
- płachta jest mocno nasączona esencją
- przyjemny, cytrusowy zapach esencji - nie na tyle intensywny, aby wywoływać łzawienie oczu
- nie pozostawia tłustej ani lepkiej warstwy
- działanie - intensywnie rozświetla, nawilża skórę, zmniejsza zaognienie zaczerwienień (oprócz tych towarzyszących zmianom trądzikowym)
Wady:
- płachta lubi się odklejać, gdy nie poświęci się chwili na staranne dopasowanie jej do kształtu twarzy
- przy naruszonej barierze hydrolipidowej i ciągłości skóry może wywoływać chwilowy dyskomfort (pieczenie, szczypanie)
- nie wpływa na zaczerwienienia towarzyszące niedoskonałościom
- efekty na skórze utrzymują się krótko, w szczególności rozświetlenie
- Wydajność
- Zgodność z opisem producenta
- Stosunek jakości do ceny
- Opakowanie
- Zapach