|
|||||||
| Notka |
|
| Intymnie Forum intymnie, to wyjątkowe miejsce, w którym podzielisz się emocjami, uczuciami, związkami oraz uzyskasz wsparcie i porady społeczności. |
![]() |
|
|
Narzędzia |
|
|
#1 |
|
Raczkowanie
Zarejestrowany: 2013-12
Wiadomości: 52
|
Muszę to z siebie wyrzucić..
W ubiegłym roku wzięłam ślub cywilny z osobą, z którą byłam wcześniej 3 lata. Mogę powiedzieć, że układało nam się w miarę choć miał on problemy z pracą. Raz wyjeżdżał za granicę, raz pracował w kraju. Ponieważ wyjazdy za granicę były niepewne w końcu podjął pracę w kraju. Oboje pracowaliśmy więc około roku, wynajmowaliśmy mieszkanie i robiliśmy plany. Bardzo zależało mu na ślubie, jako na wyrazie mojej miłości, więc zdecydowałam się, pełna nadziei, że się nam ułoży.
Dwa tygodnie po ślubie okazało się, że zwolnili go z pracy. Uznałam, że znajdzie niedługo inną pracę, ja pracowałam, więc wszystko jakoś ciągnęłam. Z czasem jednak jego poszukiwania pracy zamarły, a zaczęły się imprezy i picie z kumplami. Moje rozmowy z nim nie przynosiły skutku, stał się agresywny wobec mnie i obwiniał mnie, że na niego naciskam. Postanowiłam spokojnie czekać i dać mu czas. Z czasem jednak wracając z pracy codziennie zastawałam go zalanego w trupa i niesamowicie agresywnego wobec mnie. Obwiniał mnie, że jestem złą żoną, że z niczym nie daję sobie rady, że ciągle mam pretensje, że za dużo jestem w pracy, więc na pewno się puszczam i ciągle że na niego naciskam. Byłam kompletnie zdezorientowana, ponieważ stał przede mną zupełnie obcy człowiek, obrzucający mnie wyzwiskami. Nie miałam pojęcia co się stało. Pogubiłam się. Próbowałam w dalszym ciągu spełniać swoje obowiązki, pracowałam po 13 godzin, sprzątałam, gotowałam, ale moja psychika powoli legała w gruzach a marzenia umierały. Pewnego dnia oznajmił, że wyjeżdża za granicę. Pojechał, nie wiedziałam dokąd, z kim, na jak długo. Byłam roztrzęsiona i zszokowana przebiegiem spraw. Zostałam sama ze wszystkim, ale przynajmniej nie miałam już agresora w domu. Jak zwykle chodziłam do pracy i próbowałam dociec co się stało i poukładać sobie wszystko w głowie. Musiałam znaleźć współlokatora, mąż wiedział o tym, by uciągnąć mieszkanie. Poszukiwania szły mi opornie, jeden podejrzany, druga zrezygnowała, trzecia coś tam, ale w końcu wprowadził się pewien mężczyzna. Byłam pocharatana psychicznie, ale czułam ulgę, że ktoś mnie odciąży finansowo. Mężczyzna ten był specyficznym człowiekiem, czasami porozmawialiśmy, a czasami On imprezował, wiadomo. Mąż dzwonił do mnie zza granicy z wesołymi wiadomościami, że oto kupił sobie tableta, telefon i motocykl. Nie mogłam uwierzyć, że ja sama się wywijam tutaj ze wszystkim, a on tam hula, kupuje i pije z kumplami. Próbowałam go pytać co sie stało tutaj w polsce, że nasze małżeństwo miało taki przebieg i dlaczego jego stosunek do mnie tak diametralnie się zmienił. Stwierdził, że wyolbrzymiam i robię aferę o nic i w ogóle jestem okropna, że ciągle drążę temat, a ja nie mogłam sobie poradzić że mój mąż zrobił ze mnie ścierę. Poprosiłam męża o czas, żebym mogla poukładać sobie wszystko w głowie. Próbowałam dojść do racjonalnych wniosków, ale taki miałam burdel w głowie, że sobie nie radziłam z emocjami. Z czasem zaczęliśmy z moim współlokatorem spędzać ze sobą więcej czasu, On był dla mnie taki miły, ale do niczego nie doszło. Byłam żoną i była to dla mnie świętość, jakkolwiek wyglądało moje małżeństwo. Mimo wszystko. Czułam wyrzuty sumienia, że spędzam z Nim tyle czasu, ale On szanował to, że jestem czyjąś żoną. Było miło, ale nic poza tym. Pewnego wieczoru zadzwonił domofon i w drzwiach stanął mój mąż z bukietem róż. Oglądałam ze współlokatorem film i sytuacja mogła wyglądać dwuznacznie, ale taką nie była. Mój mąż zrobił awanturę, rzucił mi plik pieniędzy na stół i błagał o wybaczenie. Nie wiedziałam co zrobić. Dalej poprosiłam go o czas. Niestety zarówno wychodząc do pracy jak i z niej wracając zastawałam męża z drinkiem w ręku mówiącego mi o miłości do mnie. Na pytania dlaczego pije odpowiadał mi że to przeze mnie. Byłam załamana i osaczona. Współlokator wyjechał, a ja znów patrzyłam na męża z dnia na dzień coraz agresywniejszego wobec mnie i oskarżającego mnie o zdradę i brak bezwarunkowej miłości. Czułam się strasznie z tym wszystkim. Pewnego dnia wróciłam z pracy, a mąż pijany i agresywny wyrzucił mnie z domu. Powiedział mi, że ma gdzieś taką żonę jak ja i kazał się wynosić. Nie wiedziałam co robić - wyprowadziłam się. Byłam taka wściekła na męża, że tak postępuje wobec mnie. Stał się dla mnie obcą osobą. Po pewnym czasie znalazłam sobie mieszkanie, starałam się żyć. Wprowadził się do mnie wspomniany współlokator (także wyprowadził się z naszego mieszkania z mężem i wprowadził się do mnie) oraz jeszcze jeden chłopak. Mąż bombardował mnie na zmianę miłością i kwiatami a za chwilę oskarżeniami i nienawiścią. Powoli powoli zaczęłam go nienawidzić. Poszliśmy na terapię dla par na prośbę męża, ale pani psycholog powiedziała, że mąż koniecznie musi iść na terapię dla osób uzależnionych, a ja dla współuzależnionych i ona nie może nam pomóc. Z czasem mąż stawał się coraz bardziej agresywny wobec mnie, złożyłam pozew rozwodowy. Tymczasem między mną a wspomnianym współlokatorem iskrzyło, ale miałam poczucie, że zdradzam męża. Byłam między młotem a kowadłem. Wyjechaliśmy ze znajomymi na urlop i stało się - uległam mojemu współlokatorowi. Od tej pory spędzaliśmy już ze sobą praktycznie cały czas. Byłam zła na siebie, żarły mnie wyrzuty sumienia, ale zaangażowałam się w relację z Nim. Był cudownym człowiekiem dla mnie. Mąż nie dał mi rozwodu, dopiero po 3 miesiącach na mediacji powiedział, że zniszczyłam mu życie, że jestem beznadziejna, że się poddałam i nie walczyłam o nasze małżeństwo. Że rozumie, że powinęła mu się noga i nie podołał, ale że ja nie dałam mu nawet szansy. Podpisaliśmy porozumienie o rozwodzie bez orzekania o winie. Czułam się strasznie z tymi oskarżeniami na karku. Byłam szczęśliwa z Nim, ale miałam świadomość, ze zdradziłam męża. Kolejna rozprawa w sądzie miała być po miesiącu, ale została odwołana. W tym czasie zmarł ojczym mojego męża, jego matka się rozchorowała, a ja nie reagowałam. Pewnego dnia mąż ponownie zaczął przysyłać mi smsy, że zabije się przeze mnie. Broniłam się dwa tygodnie, ale nie mogłam sobie poradzić ze świadomością, że mogę być odpowiedzialna za czyjąś śmierć. Po mojej beznadziejnej walce zostawiłam Jego i wróciłam do męża. Czułam, że robię coś wbrew sobie, ale nie mogłam poradzić sobie z poczuciem winy. Mój mąż był nieobliczalny. Byłam w stanie zgodzić się na separację, ale mąż znów zarzucił mi, że unikam odpowiedzialności za to małżeństwo. Po kolejnych dwóch tygodniach wycofałam pozew rozwodowy. I wtedy mąż zaczął stawiać mi warunki, ile ma na niego czekać pieniędzy w domu, ile dziennie będzie wypijał i jak mam się zachowywać. Umarłam psychicznie. Trwałam w tym jakieś 1,5 miesiąca i zaczęłam się zastanawiać, że ze mną coś jest do cholery nie tak, że co się ze mną stało, gdzie moja logika i realistyczne myślenie. Podjęłam terapię współuzależnienia, dołączyłam do Al - Anon i zaczęłam czytać literaturę na temat alkoholizmu, współuzależnienia i manipulacji. Okazało się, ze byłam największą ignorantką świata, ślepą i głupią, że dałam się zmanipulować. Że byłam słaba bo przyjęłam winę na siebie, że skrzywdziłam bardzo wartościową osobę i wróciłam do alkoholika. Obłęd. Pół roku poświęciłam na ogarnięcie mojej sytuacji psychicznej, na zrozumienie współuzależnienia i nadal jestem na drodze do wyjścia z tego bagna. Napisałam list do Niego (mojego współlokatora, z którym byłam w trakcie rozwodu). Przeprosiłam Go za moje durne zachowanie oraz Podziękowałam Mu za wszystko. Ten człowiek był dla mnie cudowny, dbał o mnie, wspierał i byłam z Nim naprawdę szczęśliwa. Napisałam Mu, że nie podołałam i za to również przeprosiłam. Chciałam by wiedział że się Nim nie zabawiłam. Zdziwiłam się kiedy się do mnie odezwał i poprosił o czas na przemyślenie mojego listu. Nie spodziewałam się tego i oczywiście dałam czas. Niedługo po tym poprosił o spotkanie i rozmowę, zgodziłam się. Jednak potem zaczął spotkanie przesuwać w czasie, w końcu przyjechał do mnie na ową rozmowę, zapytał gdzie idziemy porozmawiać po czym stanął naprzeciwko mnie i powiedział, żebym wykasowała Jego numer i adres i żebym się do Niego nie odzywała. Byłam zszokowana, chciał rozmawiać, ale zmienił zdanie. Postanowiłam uszanować Jego zdanie, ale nie wytrzymałam długo i zadzwoniłam z prośbą o spotkanie i wyjaśnienie. Zgodził się, po czym przysłał następnego dnia smsa, że to nie ma sensu i że to koniec. Szczerze mówiąc, chciałabym do Niego wrócić, ale potrzebuję czasu, tak jak i On. Nie chcę wskakiwać do nowego związku, z mężem zerwałam kontakty całkowicie i się z tego cieszę, aczkolwiek On wzbudził we mnie znów uczucia, a potem je zdeptał. Wiem, ze może mi się należało, że Go źle potraktowałam - w końcu Go zostawiłam, ale jestem rozbita. Jestem po prostu rozbita. Nie wiem co robić. Nie wiem co ze sobą zrobić. Trzymam się mojej drogi - terapii i do męża za nic nie wrócę. Jestem ustabilizowana, generalnie zbudowałam sobie powoli moje życie od nowa i tego się trzymam. Wiem czego chcę od życia i wiem, że muszę szanować siebie i dbać o siebie. Ale teraz te wydarzenia związane z Nim i chyba przeżywam po prostu porzucenie. Nie wiem. Trochę czuję się winna, ale czasu nie cofnę. Jest mi źle, po prostu źle.. Dziękuję za cierpliwość... :-( |
|
|
|
|
#2 | ||
|
Zakorzenienie
Zarejestrowany: 2004-05
Wiadomości: 17 069
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
Cytat:
, sama to tutaj piszesz, tyle ze trochę czasu minie od "wiem na rozum" do "wiem i czuję że tak jest" . NIGDY, przenigdy nie wracaj do męża, ucinaj wszelką próbę kontaktu, wyjaśnień.A sama przerób jedną rzecz: dlaczego tak długo komuś pozwalałaś dawać się tak koszmarnie traktować i co zrobić, jak wyznaczyć swoje granice, by nikt i nigdy Ci czegoś takiego nie zrobił, a Ty już nigdy na coś takiego byś nie pozwoliła. Życzę Ci poukładania siebie- bo to początek wszystkiego
|
||
|
|
|
|
#3 | |
|
Raczkowanie
Zarejestrowany: 2013-12
Wiadomości: 52
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
Dziękuję, wiem, że to jego wybór i wiem już, że na jego wybory nie mam wpływu, wiem już, że tylko na swoje wybory mam wpływ. Ale jak poradzić sobie z tym, że mam sobie to wszystko za złe? Że dałam się wciągnąć w takie bagno? Jak to sobie wybaczyć.. skoro wszyscy mnie skreślili.. Nie mam z mężem żadnego kontaktu, zmieniłam numer, zlikwidowałam wszystkie portale, nie ma mnie w necie i on nie jest w stanie mnie znaleźć. Dziękuję, przerobiłam to wszystko. Przerobiłam dzieciństwo i to, jak siostra mnie biła, a mama dawała sprzeczne komunikaty (siostra mnie biła, a mama mówiła, że to taka zabawa), wiem, że miałam i pewnie jeszcze mam bardzo niskie poczucie wartości (siostra poniża mnie do dziś, mąż mnie poniżał) a teraz On mnie tak odrzucił że byłam niepewna siebie, że alkoholizm zacierał mi rzeczywistość, że byłam czy może jeszcze jestem cholerną, durną współuzależnioną...Co za bagno, matko... |
|
|
|
|
|
#4 | ||
|
Zakorzenienie
Zarejestrowany: 2004-05
Wiadomości: 17 069
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
I codziennie powtarzaj to, czego już nauczyłaś się na terapii i co jest cenną wiedzą: Cytat:
wybacz samej sobie, tak po prostu.
|
||
|
|
|
|
#5 | |
|
.
Zarejestrowany: 2010-07
Lokalizacja: koniec świata
Wiadomości: 28 052
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
__________________
-27,9 kg |
|
|
|
|
|
#6 |
|
Zadomowienie
Zarejestrowany: 2013-08
Wiadomości: 1 451
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Musisz zaakceptować tą mroczną część swojej przeszłości, dopiero wtedy będziesz mogła ruszyć dalej. Przyjmij że Twoje małżeństwo było w sumie logiczną konsekwencją wydarzeń z dzieciństwa na które nie miałaś wpływu. Ale z drugiej strony było to dla Ciebie trzęsienie ziemi które zniszczyło Twój stary światek i starą siebie i dało szansę zbudowania wszystkiego od nowa. Wiem że wciąż kochasz swojego współlokatora ale to z czasem przejdzie- jak wszystko. Wyobraź sobie jak fajnie będzie zacząć kolejny związek już jako nowa Ty, od zera, z zupełnią czystą kartą, bez ex-męża plączącego się bez przerwy w historii Waszego związku, bez tego smutku i dziwnych komplikacji.
|
|
|
|
|
#7 | |||
|
Raczkowanie
Zarejestrowany: 2013-12
Wiadomości: 52
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
Cytat:
Cytat:
Właśnie zdałam sobie sprawę, że od 5 lat nie płakałam a dziś rycze jak dziecko od rana. Tak mi żal, a jednocześnie wiem że w końcu to z siebie wyrzucę.. jestem taka zła na siebie... |
|||
|
|
|
|
#8 | |
|
Zakorzenienie
Zarejestrowany: 2008-12
Wiadomości: 3 392
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
Owszem, nie zachowałaś się wobec niego najlepiej. Ale! Ludzie z dobrymi wzorcami związków wiedzą, że nie wchodzi się w związki w sytuacji, w której trzeba partnera zbierać z podłogi, ratować przed światem i tak dalej. Punkt wyjścia waszej relacji był zły - i, tak sobie gdybam, z powodu jego popaprania. |
|
|
|
|
|
#9 | |
|
Raczkowanie
Zarejestrowany: 2013-12
Wiadomości: 52
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
|
|
|
|
|
|
#10 | |
|
Zakorzenienie
Zarejestrowany: 2004-05
Wiadomości: 17 069
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
Trzymaj się jednej opcji, którą terapia Ci uświadomiła: naprawiasz/ratujesz tylko samą siebie, za samą siebie odpowiadasz. Edytowane przez madana Czas edycji: 2013-12-14 o 21:56 |
|
|
|
|
|
#11 | |
|
Raczkowanie
Zarejestrowany: 2013-12
Wiadomości: 52
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
Współlokator przyznał mi kiedyś, że jak tylko mnie zobaczył już się mną zainteresował, choć w ogłoszeniu napisałam, że mój mąż jest za granicą dlatego mieszkam sama na razie. Trzymał się długo na dystans, to prawda, ale ja też trzymałam wielki dystans. Kiedy się do siebie zbliżyliśmy, z mojej i jego inicjatywy, sprawy szły coraz dalej, ale ciągle mu mówiłam, że nie mogę, że nie jestem gotowa. W końcu pewnego wieczoru powiedział po prostu "proszę cię, zaufaj mi" i zaufałam i złamałam się. Kiedy mój mąż bombardował mnie wiadomościami przez jakiś czas nic nie mówiłam, nie chciałam go obciążać, ale kiedy w końcu nie wytrzymywałam zaczęłam mu mówić, że nie daję sobie rady, mówiłam "proszę cię, pomóż mi, bo nie daję sobie rady" Najpierw mówił mi, że jaką decyzję podejmę tak będzie, więc ugięłam się pod mężem. W ten dzień współlokator wrócił do domu z jakąś dziewczyną i spędzili ze sobą noc. Wstrząsnęło to mną, ale postanowiłam się odsunąć. Potem jego kolega pisał i dzwonił do mnie namiętnie, że współlokatorowi odwaliło przez to wszystko i dlatego tak abstrakcyjnie się zachował, poprosił o spotkanie, pojechałam. Powiedział mi, że zna współlokatora x lat i dla żadnej kobiety się tak nie zmienił jak dla mnie. Zaczęłam się wahać. Byłam rozerwana między poczuciem winy do męża i uczuciem do współlokatora. Porozmawialiśmy, powiedział mi, że mu na mnie zależy i, że chce być ze mną, a że był dla mnie bardzo dobry, chciałam z nim zostać. Zapewniał, że pomoże mi przez to przejść i mnie wspiera całym sercem, że jestem dla niego najważniejsza. Potem rozmawialiśmy dużo i powiedział mi, że przespał się z tamtą dziewczyną, bo był pijany i mnie przeprasza. Dodał, że ona mu się w ogóle nie podobała i była jakaś dziwna - oburzyłam się i powiedziałam, że to dla mnie jakaś komedia! Nie mogłam i nie mogę zrozumieć jak można mówić źle o kimś, z kim się spało. Rano wstałam, współlokatora nie było ze mną w łóżku (do niczego nie doszło, nie pozwoliłam), po czym stwierdził, że czuje że stracił w moich oczach i czuł, że jest ze mną w łóżku na siłę. Potem się odsunęliśmy od siebie. Nie mogłam strawić, że przespał się z kimś, a mąż groził samobójstwem. W końcu odwróciłam się i wróciłam do męża. To była zła decyzja, popełniłam błąd, wiem. Po kilku miesiącach walki aby uwolnić się od męża i walki samej ze sobą, napisałam wspomniany list do współlokatora. Wyznałam swoje uczucia do niego, przeprosiłam, podziękowałam, a on wsadził mnie na huśtawkę nadziei, po czym wyrzucił moje uczucia do śmieci jednym ruchem. Po prostu powiedział: nie odzywaj się do mnie więcej, to koniec, bez wyjaśnienia, bez zapowiadanej rozmowy. Napisałam mu jeszcze smsa (poniżyłam się, niech to szlag!) ale nie odpisał i już się nie odzywam. Jego kolega napisał do mnie tylko, że z nim rozmawiał i że to bez sensu... Zgliszcza.. I teraz ja czuję się winna i poniżona, a on? Nie wiem. Postawcie mnie proszę do pionu!! |
|
|
|
|
|
#12 | |
|
Zakorzenienie
Zarejestrowany: 2004-05
Wiadomości: 17 069
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
Tyle ze jak dla mnie zachowania pana nr 2 noszą znamiona "popapraństwa"- serio najpierw się serwuje kochanej niby kobiecie tekst "jaką podejmiesz decyzję, tak będzie", a potem gdy Ty ciągle uwikłana w chorą sytuację podejmujesz taką a nie inną decyzję- co robi pan nr 2? Nachlany sprowadza na noc panienkę, a potem serwuje Ci głodne kawałki typu "byłem nachlany, a panienka się nie podobała i dziwna była"- toż to dno dna i szczyty popapraństwa. Jak dla mnie to nie to, nie ten- raczej możesz spodziewać się akcji podobnych do mężowskich, mąż też nie od razu pokazał, na co go stać, prawda? Stąd aby umieć wejść z zdrową relację, poukładaj samą siebie, jasno wyznacz granice, czego Ty sama nie jesteś zaakceptować. I pozbądź się raz na zawsze wyrzutów sumienia za nieswoje decyzje (bo tak między wierszami- to pan nr 2 też, jak mąż, w takie wyrzuty Cię wpędził). Edytowane przez madana Czas edycji: 2013-12-15 o 10:44 |
|
|
|
|
|
#13 | |
|
Raczkowanie
Zarejestrowany: 2013-12
Wiadomości: 52
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
Masz rację, muszę się skupić na tym, by pozbyć się poczucia winy i to będzie mój cel. Mam myśli, że współlokator po prostu zawsze chamsko traktował kobiety, koledze mówił, że kobieta nie jest mu do niczego potrzebna i nie chce żony ani dziewczyny, dopóki nie spotkał mnie. Ale teraz potraktował mnie równie chamsko jak całą resztę kobiet w jego życiu. Więc stałam się kolejną w szeregu. Zareagowałam wówczas tak a nie inaczej i czasu nie cofnę, nie podołałam, ale jestem tylko człowiekiem popełniającym błędy. Słusznie zauważyłaś, iż dawał mi bardzo sprzeczne komunikaty, a ja nie wiedziałam kto mną manipuluje, choć wiedziałam że ktoś na pewno. Muszę popracować również nad granicami. Czyli pozbyć się wyrzutów sumienia i wyznaczyć granicę, bo tak jak mówisz, sama muszę siebie trzymać i nie puścić, już nigdy nie puścić..... |
|
|
|
|
|
#14 | |
|
Zakorzenienie
Zarejestrowany: 2004-05
Wiadomości: 17 069
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
Dawno temu co prawda, ale przerabiałam w życiu własną zmianę (mój koszmarny kiedyś choleryzm) , więc wiem, że trochę pracy przed Tobą- bo wiedzieć to jedno (Ty już wiesz), a zastosować do własnych uczuć i emocji - to drugie. Zdradzę Ci jedną rzecz: wiesz, dlaczego uniknęłam w życiu poparańców i chorych relacji? Bo miałam jedną zasadę (od czasów w sumie nastolatkowych): uważałam , że nikt nie ma prawa mnie krzywdzić. I tej oczywistości trzymałam się całe życie. Bo z panem nr 2 sytuację masz jasną (czyli rozumowo to już widzisz) : to facet, który źle i chamsko traktuje kobiety, więc jako partner odpada na wejście- tyle że to co wiesz rozumowo, trzeba jeszcze przełożyć na emocje i uczucia. Uwierz, gdy już poukładasz siebie, będziesz przede wszystkim osobą mocniejszą wewnętrznie, bo w samej sobie będziesz siły szukać, czego Ci naprawdę życzę
|
|
|
|
|
|
#15 | |
|
Raczkowanie
Zarejestrowany: 2013-12
Wiadomości: 52
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
Właśnie błędem jest patrzenie na drugą osobę przez pryzmat emocji i uczuć, a nie przez pryzmat rzeczywistości i faktów. NIKT NIE MA PRAWA MNIE KRZYWDZIĆ!!! - i to musi być dla mnie najważniejsze!! Nie emocje, nie uczucia, ale że nikt nie ma prawa mnie krzywdzić! Mam kompletny odrzut od uczuć, by się więcej nie zaangażować.. Na razie mi się to przyda, oby jak najdłużej.. Dziękuję, madana!! |
|
|
|
|
|
#16 | |
|
Zakorzenienie
Zarejestrowany: 2004-05
Wiadomości: 17 069
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
Toż 90% wizażowych problemów w związkach bierze się z lecenia na ulotnych i zmiennych przecież emocjach, tych różnych: "on się zmieni, bo ja go kocham", "źle mnie traktuje, ale ja go kocham i nie wyobrażam sobie życia bez niego". Ale gdy za aksjomat przyjmiesz, ze miłość = niekrzywdzenie i krzywda jest granicą nieprzekraczalną- zaczniesz widzieć nie tylko emocje i uczucia. Ty przecież też masz emocje i uczucia, a mąż, potem pan nr 2 deptali je; mężowi wybaczałaś krzywdzenie, panu nr 2 chyba też byłabyś skłonna to zrobić- a zasada jest prosta: w miłości nie wolno krzywdzić (i naprawdę nie chodzi o wizję miłości harlequinowej,gdzie ludzie nie mają problemów). Trochę pracy przed Tobą jest, ale dasz radę, bo na dobrą drogę już weszłaś. |
|
|
|
|
|
#17 | |
|
Raczkowanie
Zarejestrowany: 2013-12
Wiadomości: 52
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
Przewiduję tutaj, że będę się wahała co do niego od fazy złości do rozpaczy, ale prędzej czy później przyjdzie pogodzenie się z rzeczywistością (mam wrażenie, że już chwilami o to się ocieram, ale wolę pozostać pokorna) i ulga. Spokojnie dam sobie prawo do tych emocji, w ciszy, sama ze sobą i w trosce tylko o samą siebie. A co będzie dalej, zobaczymy. Chwilami boję się samej siebie, że jestem taka słaba i chwilami nie dostrzegam ważnych rzeczy, ale mam nadzieję, że uda mi się to zmienić.. Dlatego lepiej będzie dla mnie jeśli zostanę sama. Miłość = niekrzywdzenie. Masz rację. Ale tu zaraz rodzi mi się, że jednak go skrzywdziłam i to mnie wepchnęło w wyrzuty sumienia znowu. Skrzywdziłam go i to jest fakt. On skrzywdził mnie i to też jest fakt. |
|
|
|
|
|
#18 | |
|
Hrodebert
Zarejestrowany: 2012-05
Wiadomości: 4 440
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
Generalnie pewne elementy tej historii są jak dla mnie ,nieakceptowalne ,a szczególnie mąż zostawiający żonę na "pastwę" współlokatorów . Pewne jest to, że jak i od jednego tak i od drugiego należy trzymać się z daleka . |
|
|
|
|
|
#19 | |
|
Raczkowanie
Zarejestrowany: 2013-12
Wiadomości: 52
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
Dziękuję za opinię, męski punkt widzenia jest ważny, staram się mieć otwarty umysł na to wszystko i wyciągać wnioski i swoje błędy... |
|
|
|
|
|
#20 | |||
|
Zakorzenienie
Zarejestrowany: 2004-05
Wiadomości: 17 069
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
Bo Ty dopiero uczysz się zdrowego patrzenia na samą siebie, zdrowych relacji- a to trwa, bo to proces, a trochę masz do poukładania: Cytat:
I Tobie dopiero oczy się otworzyły, bo jak sama piszesz, było tak: Cytat:
|
|||
|
|
|
|
#21 | |
|
Raczkowanie
Zarejestrowany: 2013-12
Wiadomości: 52
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
I teraz jak czytam Ciebie widzę i wiem, że podświadomie próbowałam być dobra znów dla niego i znów zyskać w jego oczach (niskie poczucie własnej wartości zadzwoniło), choć pisząc list byłam stabilna i nie miałam takich intencji i nie spodziewałam się odpowiedzi, ale stało się nieoczekiwane. A powinnam zyskiwać tylko w swoich oczach (w granicach rozsądku oczywiście), ale budować swoje poczucie wartości. Może podświadomie liczyłam (kiedy się odezwał) że on mi pomoże je podbudować, tymczasem je skopał, dlatego tak bardzo się zachwiałam. Dziękuję za słowa wsparcia, buduje mnie świadomość, że jestem na dobrej drodze, tylko są wyboje. Muszę być w końcu dobra dla samej siebie.. hm |
|
|
|
|
|
#22 | |
|
Zakorzenienie
Zarejestrowany: 2004-05
Wiadomości: 17 069
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
- i też o to chodzi - mądra z Ciebie kobieta, chociaż poraniona i skopana przez życie mocno, ale PO TO jesteś na terapii , by zrobić to: zbudować poczucie własnej wartości jako osoby, a to powinno być niezależne od innych. - tak, musisz w końcu zacząć być dobra dla samej siebie
|
|
|
|
|
|
#23 | |
|
Hrodebert
Zarejestrowany: 2012-05
Wiadomości: 4 440
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
Mam wrażenie że popadasz z jednej skrajności w drugą ,być może jest to dobre wyjście w danej chwili ,ale czy na dłuższą metę się sprawdzi ? Pielęgnujesz w sobie rolę ofiary ,którą poniekąd jesteś ,lecz oby to większej szkody w przyszłości nie przyniosło niż pożytku ,takie zamazywanie własnej odpowiedzialności.Trzeba z samym sobą szczerze się rozliczyć ,by można było zrobić krok naprzód . |
|
|
|
|
|
#24 | |
|
Raczkowanie
Zarejestrowany: 2013-12
Wiadomości: 52
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
Cytat:
Jeśli chodzi o rolę ofiary to myślę, z całym szacunkiem, że masz wrażenie. Teraz jestem w momencie kiedy pozwalam sobie na emocje, płacz itd, ale staram się to traktować jako swoistego rodzaju katharsis, wręcz o ironio - cieszy mnie to, że wyrzucam, bo 5 lat chyba nie płakałam, a miałam powody, więc gdzieś to się chyba skłębiło. Nie wiem nawet do końca czy byłam ofiarą, coś mnie wciągnęło to prawda, ale do mnie należy "wyciągnięcie się z tego". Podobno "nie ma ofiar - są tylko ochotnicy" i uwierz, że naprawdę to przemyślałam... |
|
|
|
|
|
#25 |
|
Raczkowanie
Zarejestrowany: 2013-12
Wiadomości: 52
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
To tylko smęty..
Wiem, że wieczorem, jak jest ciemno i mroczno wszystko jest straszniejsze.. Dzisiaj, jadąc samochodem rozpłakałam się jak dziecko, dosłownie. Już nie wiem czym płaczę. Moim odwiecznym lękiem był lęk przed porzuceniem i w końcu mnie dopadł. Ale nie boję się być sama, nie jestem przerażona życiem, mam plany, ale... Mam straszny konflikt między uczuciami a resztą siebie. Uczucie do niego jest takie silne, takie stabilne, takie mocne, takie pewne i prawdziwe, czuję je już od tak dawna! - nie wiem jak je w sobie wygaszę.. Staram się być spokojna, ale te ataki płaczu mnie dobijają. Ten żal i pozostawanie w "niewyjaśnieniu" jest okrutny.. A jeśli on mnie źle odebrał.. A jeśli spanikował przed swoimi uczuciami do mnie... A jeśli zablokował się tak, jak wtedy był zablokowany.. A jeśli to zwykła zemsta.. (nie, nie wierzę) Pewnie jestem w jakiejś fazie idealizowania, ale nie wierzę.. A jeśli tli się we mnie jakaś durna nadzieja jeszcze.. Może to ona trzyma mnie w spokoju.. Tylko nie to.. Ale tak, mam jeszcze nadzieję.. Na co.. Dlaczego.. Jak długo.. Kiedy się w końcu wyśpię i coś zjem.. Kiedy.. |
|
|
|
|
#26 |
|
Raczkowanie
Zarejestrowany: 2013-12
Wiadomości: 52
|
Dot.: Muszę to z siebie wyrzucić..
A jednak...
W poniedziałek umówiliśmy się wstępnie ze współlokatorem na rozmowę w najbliższy weekend.. Od poprzedniego weekendu chodziłam napięta jak struna, nie mogłam spać, jeść, nic, zero odruchów (masakra! jeszcze nie byłam w takim stanie!) We wtorek popędziłam na spotkanie Al - Anon, gdzie udało mi się oderwać, w środę psycholog postawił mnie na nogi.. "Psycholożka" stwierdziła, że jest on dla mnie bardzo ważny (ryczałam jak bóbr) i wyjaśniła mi, że powinnam się raczej liczyć z jego odpowiedzią na list. Powiedziała, że prawdopodobnie wzbudziłam w nim ogromne emocje i on po prostu wybuchł, że powiedziałam mu za dużo naraz. Próbowałam odwlec rozmowę z nim (tym razem ja, dlaczego?), ale doradziła mi porozmawiać, spokojnie, z dystansem, z uśmiechem i w odprężeniu i, żeby on też coś dał z siebie, żeby też mówił. Jutro mam do niego zadzwonić, żeby się umówić. I.... nie mam ochoty dzwonić...
Edytowane przez wsp Czas edycji: 2013-12-19 o 21:22 |
|
|
![]() |
Nowe wątki na forum Intymnie
|
|
|
| Ten wątek obecnie przeglądają: 1 (0 użytkowników i 1 gości) | |
|
|
Strefa czasowa to GMT +1. Teraz jest 19:05.





, sama to tutaj piszesz, tyle ze trochę czasu minie od "wiem na rozum" do "wiem i czuję że tak jest" . NIGDY, przenigdy nie wracaj do męża, ucinaj wszelką próbę kontaktu, wyjaśnień.
że byłam niepewna siebie, że alkoholizm zacierał mi rzeczywistość, że byłam czy może jeszcze jestem cholerną, durną współuzależnioną...

