Próbowałam już wielu maseczek w płachcie i śmiało mogłabym je podzielić na te, których działania nie widziałam i albo wymagałyby dłuższego testowania, albo definitywnego rozstania, i te, które polubiłam od pierwszego użycia.
Ta konkretna maska zalicza się do drugiej grupy, czułam to już przy pierwszej sztuce, druga mnie w tym tylko utwierdziła, i wiem, że jeszcze się kiedyś spotkamy (gdyby nie cena włączyłabym ją na stałe do rutyny). Co mi się w niej podoba to relaksujący zapach i odpowiedni dla mojej twarzy kształt, bo wiele razy zdarzało mi się rozcinać płachty w miejscu bruzd nosowych, żeby przylegały tam gdzie powinny (ach ten nochal baby Jagi ;) ). Nie zostawiam jej na twarzy na 5 minut, zawsze czekam az do wyschnięcia, tak lubię i w taki sposób mi się sprawdzają, powiedzmy 20/30 minut. Żeby skóra skorzystała jak najwięcej z maskowego serum poprzedzam to dobrym oczyszczeniem, najlepiej z peelingiem i skromną podstawową pielęgnacją - najczęściej tylko tonik i coś pod oko. ;) Niekiedy nawet na masce tylko poprzestaję, bo wtedy jestem pewna, że to co potem zobaczę spowodowała właśnie ona, a nie serum, krem czy olejek.
Maska Patchology prasuje mi twarz w dobrym tego słowa znaczeniu, tzn. napełnia skórę, wygładza linie i pory, robi efekt 'blurr' i można to już zobaczyć po półgodzinnym seansie. Przy ostatnim użyciu byłam oczarowana własnym nieodpartym urokiem (to na pewno nie mejbelin ;)). Miałam wrażenie, że naprawdę lepiej wyglądam, skóra nabrała wigoru, była zwarta i sprężysta. Jakby zapomniała wszystko czym na co dzień ją katuję... Być może to składniki zawarte w masce tak dobrze na mnie działają, choć powiedziałabym, że te flagowe - ha i pantenol - są bardzo standardowe, a ja sama z kwasem średnio się dogaduję. Z tych dobrych, które rozpoznaję, zaznaczyłabym taurynę i inozytol, ekstrakty roślinne, argininę. Są też składniki, które oznaczyłabym jako neutralne lub negatywne (zgodnie ze zdobytą w internetach wiedzą) jak glikol, fenoksyetanol, peg-i i inne, ale nie mogę się za bardzo wypowiedzieć nie mając odpowiedniego wykształcenia, poza tym trudno znaleźć maski bez tych składników (udało mi się znaleźć maski tylko 2 marek z krystalicznie czystym składem, jedne testowałam, ale rezultaty były średnie). Dodam jeszcze, że zawsze korzystam z pozostałego serum na drugi dzień rano, robię płatki pod oczy, resztę wklepuję w twarz i szyję, nie lubię marnotrawstwa. Pozostaje u mnie jako ulubieniec, polecam spróbować.
- Wydajność
- Zgodność z opisem producenta
- Zapach
- Stosunek jakości do ceny
- Opakowanie