Kupi ponownieJesień
Od kiedy używasz produktuNa wieczór
Kupi ponownieTak
Liczba zużytych opakowańjedno opakowanie
Od kiedy używasz produkturok lub dłużej
Gdzie został kupiony produktW perfumerii
Kupi ponownieTak
Liczba zużytych opakowańjedno opakowanie
Od kiedy używasz produkturok lub dłużej
Gdzie został kupiony produktW perfumerii
Mimo, że mam w swojej kolekcji perfum nieprzyzwoite kilkadziesiąt zapachów i spora ich część to kompozycje niszowe, Red wine brown sugar jest dla mnie wyjątkowy (choć nuty nie wskazywały na nic na miarę odkrycia nowego kontynentu;-)).
Początkowa faza to odurzenie czerwonymi, leśnymi owocami, pachnącymi słońcem, dojrzałymi tak bardzo, że same w sobie przypominają wino z momentami wyraźną, alkoholową nutą. Jest ciepło, upojnie, czarodziejsko. Po chwili pojawia się wino, ale nie takie, jakiego się spodziewałam - ciężkie, ciemne, esencjonalne, długo leżakowane, a wręcz przeciwnie - rześkie, słodkie, lekko korzenne i śliwkowe, jak dobry merlot. Towarzyszą mu wyraźne i absolutnie przepiękne nuty drzewne, które otulają, dodają lekkiej dymności, goryczki, tajemniczości i ogromnej szlachetności. Po czasie zapach ponownie się wysładza, ale już w odmienny, niż na początku sposób - nie owocowo, a bardziej "cukierniczo", karmelowo, likierowo, migdałowo (czuję to wyraźnie, mimo, że w wykazie nut nie ma migdałów).
Całość od początku do końca przepięknie ewoluuje, jest jak opowieść o wyjściu do lasu, które z trywialnego zbierania malin i brusznicy zamienia się w oniryczną podróż w towarzystwie rusałek, które podają nam czarodziejskie trunki i eliksiry, zabierają coraz głębiej w nieznane nam ostępy, aż wreszcie zasypiamy gdzieś w ciepłej, przytulnej chatce, przykryci miękkim kocem, poza czasem i po prostu szczęśliwi.
Używanie ich to dla mnie czysta fizyczna przyjemność, nieporównywalna chyba z żadnym innym zapachem. Według deklaracji producenta to unisex, ale nie wyobrażam sobie ich na mężczyźnie, chyba, że jego chemia skóry byłaby w stanie wydobyć z tych perfum bardziej wytrawne, czy dymne nuty.
Projekcja tych perfum jest dość pokaźna, są dla otoczenia bardzo wyczuwalne. Zapach jest dość charakterystyczny i dla osób lubiących lekkie, zielone, czy wodne zapachy może być męczący - raczej więc nie wybrałabym tych perfum do pracy. Według mnie świetnie pasują na wieczorne, nieco bardziej eleganckie wyjścia, np. do opery (koniecznie aplikowane z umiarem!), na randkę, albo po prostu jako poprawiacz humoru - na mnie działają pod tym względem niezawodnie:-).
Trwałość jest powalająca - jedno psiknięcie na skórę wystarcza, bym czuła je przez cały dzień, na apaszce są wyczuwalne przez wiele dni.
Przez to, że pasują nie na każdą okazję i są niezwykle trwałe, buteleczka wystarcza na bardzo długo - swoją kupiłam 9 (!) lat temu i nadal na dnie chlupocze jeszcze kilka mililitrów, pomimo, że używam tych perfum dość regularnie.
Opakowania całej linii zapachów Bohoboco są przepiękne - szalenie podoba mi się ten minimalizm, w którym wyróżnikiem poszczególnych perfum jest kolor zawartości
flakonika (Red wine... nie jest moim jedynym w kolekcji;-)). Kolor perfum jest intensywnie czerwony, na szczęście nie trzeba obawiać się, że poplamią ubranie (nieraz używałam ich nawet na białą bluzkę i ani razu nie pozostawiły po sobie śladu). Trochę niepraktyczna jest nakrętka pokryta czarnym welurem, który bezlitośnie łapie kurz, niestety więc przechowuję te perfumy w zamkniętej szafce zamiast na toaletce.
Dla mnie jeden z najpiękniejszych zapachów, jakie znam - polecam się zapoznać, bo można się zakochać!