Kiedy moje pięty zaczęły przypominać górski krajobraz w wersji „hardcore suchość edition”, postanowiłam dać szansę Cremobazie 50%, którą znalazłam stacjonarnie w Hebe. No i powiem tak – to nie jest zwykły krem. To jest taka mała prywatna ekipa remontowa do stóp, zamknięta w małej niepozornej tubce. No właśnie, tubka. Opakowanie Cremobaza 50% wygląda jak poważny lek na receptę – biało-czerwone pudełko, metalowa tubka, zero fajerwerków, czysta apteczna nuda. Ale jak tylko wyląduje na stopach, zaczyna się magia. Moje pięty, które dotąd przypominały suchy asfalt po upalnym lecie, nagle stały się miękkie i gładkie, jakby ktoś przeprowadził tam generalny remont. Krem ma w składzie nie sam mocznik, ale jego łagodniejszą wersję Hydroxyethyl Urea, więc nie działa jak buldożer zdzierający wszystko na swojej drodze, tylko raczej jak dobry majster – spokojnie, cierpliwie i bez hałasu. Po dwóch tygodniach stosowania (tak bo po 14 dniach trzeba krem odstawic, albo zamienic na jakiś z mniejszym stężeniem mocznika) mogę śmiało powiedzieć, że to działa – pięty i stopy stały się miękkie, łokcie mniej przypominają pumeks, a ja mam wrażenie, że zyskałam nową skórę. To nie jest produkt, który zrobi spektakularne „złuszczające show” rodem z filmików w internecie, gdzie schodzi cała skóra jak skarpetka, ale nawilżenie daje mistrzowskie. Ja wróciłam do smarowania nim stóp po kolejnych 2 tygodniach, bo stopy tego potrzebowały. Nie wiem, co by się stało, gdybym tej przerwy nie zrobiła i czy w ogóle coś by się stało, ale z moja wrażliwą i atopową skórą wolałam nie ryzykować. Największy plus Cremobazy? Brak mentholowego dramatu. Serio, większość kremów do stóp pachnie tak, jakby producent myślał, że moje pięty mają problem z katarem i trzeba je potraktować Vicksem, albo że potrzebują pasty do zębów, a nie nawilżenia. I zawsze kończyło się tym samym: mdłości, i szybki sprint do łazienki, bo miałam wrażenie, że moje dłonie są brudne i cuchną jak miętowa guma rozdeptana na chodniku w lipcu. Normalnie przy innych kremach do stóp wyglądało to tak: smaruję pięty przed snem, czuję ten duszący zapach pod nosem, więc muszę wstać, iść do łazienki, umyć ręce, a w drodze powrotnej połowa kurzu, włosów i drobnych śmieci z dywanu już do mnie lgnie, jakbym była magnesem na brud. Efekt? Stopy niby posmarowane, ale wyglądają jakbym właśnie tarzała się po kociej macie. W pewnym momencie zaczęłam nawet używać rękawiczek do aplikacji kremu, żebym mogła się położyć po aplikacji. No cyrk na kółkach. Z Cremobazą wreszcie nie muszę urządzać tej nocnej sztafety „krem–łazienka–dywan–rekawiczki”. Smaruję, kładę się spać i koniec. Zero zapachu, zero brudnych rąk, zero dywanowych dekoracji na stopach. Wreszcie czuję się jak człowiek, a nie akrobata próbujący przechytrzyć własny krem. Cena jest ok. Fakt, ostatnio w drogerii podskoczyła i trochę kłuło mnie to w oczy, ale da się jeszcze dorwać taniej w niektórych aptekach. Poza tym warto, bo krem jest naprawdę wydajny, bo stosuje się go z przerwami, a u mnie jedna tubka spokojnie starczyła na dwa miesiące. Czyli podsumowując: mniej wydanych pieniędzy na kremy „śmierdzioszki”, więcej spokojnych nocy bez mentholowych dramatów. No polecam.
Zalety:
- brak zapachu mentholu (wreszcie mogę posmarować stopy i iść spać jak człowiek, bez biegu do łazienki, żeby umyć ręce
- świetnie nawilża i zmiękcza skórę – pięty przestają wyglądać jak pumeks budowlany,
- nie klei się, nie zostawia tłustej warstwy i nie zamienia mieszkania w ślizgawkę,
- wydajny – przy stosowaniu z przerwami tubka starczyła mi na dwa miesiące,
- można go dorwać taniej w aptekach, mimo że w drogeriach cena poszła w górę.
Wady:
- cena trochę skoczyła, więc portfel może lekko jęknąć,
- nie robi spektakularnego złuszczania „jak w filmikach z internetu”, raczej działa spokojniej,
- opakowanie jest bardzo apteczne i wygląda mało glamour (ale to już czepialstwo).
- Wydajność
- Zgodność z opisem producenta
- Zapach
- Stosunek jakości do ceny
- Opakowanie