Kupi ponownieTak
Liczba zużytych opakowańw trakcie pierwszego opakowania
Od kiedy używasz produktumiesiąc
Gdzie został kupiony produktW drogerii internetowej
To jest jakiś paradoks, że zimą, kiedy stópki są otulone skarpetami, skóra na nich jest mięciutka i bezproblemowa, ale gdy tylko zaczyna się sezon sandałków, zaczyna się buntować i pokazuje rogi (w sensie... zrogowacenia i przesusz). Domyślam się, że nieustanny kontakt ze skarpetą to naturalny mikro-peeling, który pozwala martwym komórkom się złuszczać na bieżąco. Zatem kiedy tylko zaczęło się lato, zaczął się mój sezon na smarowanie stópek... i tu wyłożyłam się już na samym początku przygody. Uznałam, że świetnym pomysłem będzie krem z mocznikiem. Sam pomysł był dobry, tylko stężenie mocznika złe. Wybrałam początkowo krem apteczny innej firmy, z dużym stężeniem mocznika - bo on przecież tak świetnie złuszcza i nawilża. Niestety, zbyt wysoki poziom mocznika, o ile nie mamy skóry nosorożca, może spowodować nadmierne złuszczanie naskórka, a co za tym idzie, pogorszenie stanu skóry. Zamiast miękkich, gładkich stópek miałam szorstkie i aż białawe od łuszczącego się nabłonka. Jakbym wcześniej stepowała na żwirze. Serio, stopy zombie. Nie polecam.
Wtedy dopiero przyszło olśnienie - zamiast szukać wydumanych marek i nadmuchanych stężeń, warto sięgnąć po markę, która na pielęgnacji się zna jak mało kto, a do tego nie rujnuje portfela. Pokornie przyczołgałam się więc do starej, dobrej Ziai po jej mocznikowy krem o sensownym stężeniu 15% mocznika... i to był strzał w 10.
Nadmiernie przesuszona skóra nareszcie złapała oddech, zaczęła się regenerować, wygładzać, a ja przestałam się bać wkładać sandałki. Krem Ziaja z 15% mocznikiem to idealny balans pomiędzy złuszczaniem martwych komórek, a nawilżaniem suchej skóry. Już po 2 dniach stosowania zauważyłam poprawę stanu skóry, a dziś, po 5 tygodniach stosowania, mam stópki niemowlaczka.
Sam krem zamknięty jest w miękkiej tubce na klik (bez żadnych nakrętek, z którymi trudno walczyć tłustą ręką), co ułatwia jego dozowanie - bezproblemowo można wydusić pożądaną ilość. Krem wydaje się być gęsty, ale rozprowadza się bezproblemowo, lekko sunie po skórze i mimo pierwszego wrażenia cięższej konsystencji, nie pozostawia uczucia lepkości i tłustości. Wchłania się naprawdę sprawnie - jasne, potrzebuje paru chwil, ale skóra go wypija do cna, nie pozostawiając lepkiego filmu. I to zasługa formulacji, bo w składzie mamy kilka ceramidów, skwalan, olej makadamia, ale jest i humektantowa gliceryna, a okluzję robi klasyczna parafina.
Kremik pachnie... kremowo, acz niemal niezauważalnie. Nienachalnie, nie jakoś aptecznie czy ziołowo, po prostu pachnie czystą pielęgnacją. Nadaje się więc także dla osób nadwrażliwych na zapachy. Świetnie, że nie zawiera mentolu. Nie lubię tego pseudo chłodzenia sztuczną miętą. Jakbym chciała mięty na stopach, to bym je obłożyła gumą Orbit.
Od paru tygodni ten kremik to mój must have w przyłóżkowej szufladzie, którą współdzieli z pomadką ochronną (jestem uzależniona) i tubką żelu (ale nie tego, o którym myślicie, tylko żelu na bolące stawy!). Ziaja po prostu nie zawodzi. I chwała jej!
- Wydajność
- Zgodność z opisem producenta
- Stosunek jakości do ceny
- Opakowanie
- Zapach