Cetaphil MD Dermoprotektor w starej wersji to taki totalny klasyk apteczny – niepozorny, niekrzykliwy, ale jak już się go raz spróbuje, to naprawdę ciężko z niego zrezygnować. Ja go zawsze traktowałam jako ratunek dla skóry, która ma dość – sucha, podrażniona, zmęczona czy po zabiegach dermatologicznych. Kremowa, lekka konsystencja, która bardziej przypomina balsam niż ciężki krem, wchłania się naprawdę szybko, ale zostawia taką delikatną warstewkę ochronną. Nie tłustą i nie klejącą – bardziej taką „uspokajającą”, jakby skóra odetchnęła z ulgą.
Używałam go i do twarzy, i do ciała, i naprawdę spisywał się świetnie. Twarz po nim jest miękka, gładka, bez uczucia ściągnięcia czy napięcia. Dla mnie był wybawieniem w okresach, kiedy skóra wariowała po retinolu albo kwasach – nie piekł, nie szczypał, nie zapychał. Dla wrażliwców to złoto. Skład ma bardzo łagodny – niacynamid, pantenol, gliceryna, olejek z awokado, witamina E… same takie rzeczy, które mają nawilżać, regenerować i wzmacniać barierę ochronną skóry. Bez perfum, bez zbędnych dodatków, po prostu prosto i skutecznie.
Zapach jest właściwie żaden – co dla wielu osób będzie ogromnym plusem. Nic nie drażni, nic nie pachnie „aptecznie”, jest neutralnie. Opakowanie z pompką – superwygodne i higieniczne, a do tego mega wydajne. Nawet jak smarowałam się nim codziennie od stóp do głów, to starczał na długo.
Jeśli chodzi o minusy, to może jedynie to, że przy cerze bardzo tłustej albo mieszanej może się wydawać trochę za ciężki – nie zostawia matu, więc pod makijażem może się nie sprawdzić u każdego. Niektóre osoby z trądzikiem też mówiły, że nie do końca im pasował, bo powodował lekkie zapychanie, ale to raczej wyjątki niż reguła.
Dla mnie Cetaphil MD to taki dermokosmetyczny pewniak – może nie luksusowy, może nie zachwyca opakowaniem, ale robi robotę. Zwłaszcza stara wersja, bo jak wiadomo – czasem przy zmianach składu coś się gubi. Ten balsam naprawdę działał: koił, regenerował, pomagał odbudować skórę w kryzysie. To nie jest produkt, który „coś tam robi” – on działa konkretnie. Miałam go zawsze w domu i polecałam każdemu, kto miał problem ze skórą.
Jeśli masz suchą, wrażliwą albo naruszoną barierę ochronną – bierz w ciemno. Jeśli szukasz czegoś lekkiego, nawilżającego, ale bez zapychania i z prostym, dobrym składem – to jest to. Nie udaje cudownego kremu, tylko nim jest. Szkoda tylko, że to już stara wersja, bo naprawdę miała w sobie coś, co sprawiało, że chciało się do niej wracać.
- Wydajność
- Zgodność z opisem producenta
- Zapach
- Stosunek jakości do ceny
- Opakowanie